Victoria słusznie założyła, że Geraldine miała w dupie to, z jakiej magii korzysta Laurent. Nie patrzyła na to co robi, nie interesowało jej to do końca, miała to w nosie, tak samo jak to, czy foka przeżyje, czy nie przeżyje.
Perseus pytał to, kto zna się na kształtowaniu. Trochę się znała, ale miała zamiaru się wyrywać, szczególnie, że przy tej selkie było już dużo osób. Wolała trzymać się z daleka, jeśli przyjdzie potrzeba ukrócenia jej cierpienia to chętnie wyjdzie przed szereg, nie teraz. Nie nadawała się do leczenia, nie miała ze sobą eliksirów, ona odbierała życia, a nie je ratowała. Nie była im tam do niczego potrzebna.
Trochę dziwiło ją, że Black, który był u pacjenta nie miał przy sobie żadnych eliksirów, na szczęście Victoria była lepiej przygotowana. Jak zawsze, perfekcyjna Lestrange. Trochę tak jej się malowała, jako osoba bez skazy, chociaż każdy musiał jakąś mieć, ciekawe jaka była ta jej.
Przyglądała się uważnie tym śladom, które znajdowały się na piasku. Nie wyglądało to dobrze, musiała zostać zaatakowana w wodzie, uciec stamtąd na ląd, co wcale nie wydawało się dla Yaxley oczywistym wyborem. Może faktycznie była to sprawka trytonów, wtedy nie byłaby tam bezpieczna. Nie wiedziała tylko dlaczego miałyby ją zaatakować, jedną, samotną selkie, czy mogła im sprawić, aż tyle problemów? Aż tak się wmieszać w coś, w co nie powinna? Kto wiedział, co te stworzenia mogły sobie pomyśleć. Skurwysynki, przewrotu im się zachciało. Jak tylko będzie miała okazję, to będzie mogła je wszystkie przewrócić tak, że już się nie odwrócą.
Wzrokiem błądziła po okolicy. Wyspa nie należała do dużych, bez problemu powinna ją obejść, kiedy oni będą zajmować się tym rannym stworzeniem. Nie była im do tego potrzebna ich cała piątka, a ona sama, cóż, sama na pewno sobie poradzi. Wiedziała, że nie mogą tutaj zostawić Perseusa samego, po tym popisie, który dał na łódce, nie był szczególnie stabilny emocjonalnie, co do umiejętności przetrwania Laurenta też miała wątpliwości, nie wiedziała, jak sobie poradzi w ewentualnej walce. Victoria nie raz pokazała jej, że jest silną czarownicą, tutaj była pewna, że akurat ona umie zadbać o siebie i o innych. Jeśli chodzi zaś o Esmé, to nadal nie do końca wiedziała, co myśleć. Niby się znali, jednak widywała go głównie w warsztacie, wolałaby, żeby się nie narażał, nie, kiedy poczuła, że znaczy dla niej coś więcej. Nie chciałaby go stracić na tej wyspie.
- Trytony nie mają nóg, nie są w stanie wyjść na powierzchnię. - Rzuciła jeszcze bardzo pewnym tonem głosu, nie wiedziała, co widział Laurent ale nie sądziła, żeby był to tryton, bo niby jakim cudem? - Jesteś pewien, że sam wyszedł? Ze skrzelami i ogonem, to raczej nie jest możliwe, żeby tryton sobie sam wyszedł do ludzi. - Może ktoś go wyłowił i zdechł. Czy coś, jakim cudem miałby oddychać na powierzchni, skoro skrzela umożliwiają pobieranie tlenu rozpuszczonego w wodzie i usuwanie z organizmu dwutlenku węgla, to nie miało racji bytu na lądzie.
- Ja pójdę, i tak się tutaj do niczego nie przydam. - Stała z boku, zdecydowanie nie nadawała się do pomagania przy ratowaniu życia tego stworzenia, nic tu po niej. Nie powinni się rozdzielać? Trudno. Czasem było to konieczne, skończyła wreszcie palić swojego peta, rzuciła niedopałek na ziemię i zdeptała go butem. Był to też moment, w którym sięgnęła po sztylet, wyciągnęła go i trzymała w lewej ręce gotowa do ataku. Nie zamierzała zwlekać, bo przecież czas ich naglił, im szybciej opuszczą to miejsce tym lepiej. Była gotowa nawet sama przejść całą to wyspę, żeby znaleźć jakieś wskazówki. - Powodzenia. - Rzuciła im jeszcze, żeby nie było, po czym odwróciła się na pięcie, żeby wybrać się na krótki spacer.