30.04.2024, 15:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2024, 10:23 przez Samuel McGonagall.)
– Myślisz, ze się kurwa nie bałem o swoich bliskich idioto?! – byli może nieco monotematyczni, Sam już miał się podnieść ale tak na prawdę podciągnął ciało Nikolaia w górę i znów uderzył nim o ziemię wściekle. Niedźwiedziowo. Ludzkie zęby wciąż czerwone były od krwi, a niebieskie oczy... niebieskie oczy zalewały się czernią i brązem, zupełnie tak jakby ten niedźwiedź znów próbował z niego wyjść.
– Nigdy bym nie zabił niedźwiedzia! Są piękne i cenne i przecież nic nie chciałem Ci zrobić! – darł się dalej i znów szarpnął nim, cały czas trzymając go mocno w szachu, dociskając do ziemi. – I nie latałem po lesie tylko tutaj, nie mogę wrócić do lasu choćbym chciał mówiłem ci, że NIE MOGĘ TEGO ZROBIĆ! – teraz krzyczał, jakby to była rzeczywiście wina bogu ducha winnego Nikolaia. Jego włosy i zarost stawały się coraz ciemniejsze, bardziej brązowe, jego ręce cięższe, jakby przemiana następowała, ale w zwolnionym tempie. Biodra, uda, nogi, to wszystko pozostawało takie samo, ale w gniewie, w poszarpanych emocjach wychodziła jego prawdziwa natura.
Natura chybrydy.
Nagle zdał sobie sprawę z tego co się dzieje, gdy wzrok uciekł mu na obrośnięte już futrem dłonie, na pazury, który wbijały się w barki Nikolaia.
– Ja...– wszystko momentalnie się cofnęło, patykowaty blondasek znów był tym samym, łagodnym, okrwawionym obecnie blondaskiem, który gwałtownie zszedł z Niko przerażony samym sobą, oglądający swoje ręce jakby chciał się upewnić, że znów ma palce pozbawione futra i pazurów.
– Nigdy bym nie zabił niedźwiedzia! Są piękne i cenne i przecież nic nie chciałem Ci zrobić! – darł się dalej i znów szarpnął nim, cały czas trzymając go mocno w szachu, dociskając do ziemi. – I nie latałem po lesie tylko tutaj, nie mogę wrócić do lasu choćbym chciał mówiłem ci, że NIE MOGĘ TEGO ZROBIĆ! – teraz krzyczał, jakby to była rzeczywiście wina bogu ducha winnego Nikolaia. Jego włosy i zarost stawały się coraz ciemniejsze, bardziej brązowe, jego ręce cięższe, jakby przemiana następowała, ale w zwolnionym tempie. Biodra, uda, nogi, to wszystko pozostawało takie samo, ale w gniewie, w poszarpanych emocjach wychodziła jego prawdziwa natura.
Natura chybrydy.
Nagle zdał sobie sprawę z tego co się dzieje, gdy wzrok uciekł mu na obrośnięte już futrem dłonie, na pazury, który wbijały się w barki Nikolaia.
– Ja...– wszystko momentalnie się cofnęło, patykowaty blondasek znów był tym samym, łagodnym, okrwawionym obecnie blondaskiem, który gwałtownie zszedł z Niko przerażony samym sobą, oglądający swoje ręce jakby chciał się upewnić, że znów ma palce pozbawione futra i pazurów.