30.04.2024, 15:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.04.2024, 15:13 przez Brenna Longbottom.)
Dla niego eskalująca bójka w kasynie była czymś rzadkim, dla niej… no w kasynie niekoniecznie, ale wezwania do bójek zdarzały się całkiem często, nawet jeżeli teraz dostawała je rzadziej. Stąd tamten piątek trzynastego potraktowała jak w miarę normalny. Właściwie to te plamy i gnicie też mogła potraktować do pewnego stopnia jako „się zdarza”, chociaż nie aż tak często.
Może faktycznie to Basilius miał tutaj pecha.
Albo Brenna w jakiś sposób stała się jego klątwą piątku trzynastego. Jej „to się zdarza” się rozprzestrzeniało i sięgało także biednego Prewetta.
– Tak naprawdę to najpierw był drewniany miecz – oświadczyła, przyjmując swoje karty i podpierając je o kolano, aby było wygodniej operować nimi jedną ręką. – Wiesz, nad naszym kominkiem wisi miecz Gryffindora. Czy gdyby nad twoim kominkiem wisiał miecz Gryffindora, nie kusiłoby cię, żeby nauczyć się walczyć mieczem po to, by kiedyś takiego użyć?
Oczywiście, w dzisiejszych czasach nikt nie walczył już na miecze, a Longbottomowie częściej używali szpad albo szabli, a przy sobie to nosili sztylety, bardziej poręczne i łatwiejsze do ukrycia oraz przydatne w tych sytuacjach, w których zawiodła różdżka. Ale ten romantyzm miecza Gryffindora w domu działał mocno na wyobraźnię małej Brenny.
On przedstawiał kamienną twarz, ona za to – nieodmiennie uśmiechała się w typowy dla siebie sposób, nieważne, czy akurat dostawała dobrą, czy złą kartę. A dostawała całkiem dobre i w jej ręku dość szybko zebrał się układ, który zwano karetą.
Tyle że szczęście sprzyjało Prewettowi, jakby chcąc zrekompensować mu tego całego pecha piątku trzynastego, bo w jego dłoni z kolei dość szybko zebrał się poker.
- Dalej twierdzisz, że masz dziś pecha? - spytała trochę rozbawiona, kiedy oboje wyłożyli karty i okazało się, że Basilius Prewett naprawdę miał wprawę w tej grze i gdyby postawili pieniądze, właśnie by się wzbogacił. - Jak brzmi więc pytanie? - Podała mu swoje karty, by mógł je przetasować, bo ona w końcu nie miała kości.
Może faktycznie to Basilius miał tutaj pecha.
Albo Brenna w jakiś sposób stała się jego klątwą piątku trzynastego. Jej „to się zdarza” się rozprzestrzeniało i sięgało także biednego Prewetta.
– Tak naprawdę to najpierw był drewniany miecz – oświadczyła, przyjmując swoje karty i podpierając je o kolano, aby było wygodniej operować nimi jedną ręką. – Wiesz, nad naszym kominkiem wisi miecz Gryffindora. Czy gdyby nad twoim kominkiem wisiał miecz Gryffindora, nie kusiłoby cię, żeby nauczyć się walczyć mieczem po to, by kiedyś takiego użyć?
Oczywiście, w dzisiejszych czasach nikt nie walczył już na miecze, a Longbottomowie częściej używali szpad albo szabli, a przy sobie to nosili sztylety, bardziej poręczne i łatwiejsze do ukrycia oraz przydatne w tych sytuacjach, w których zawiodła różdżka. Ale ten romantyzm miecza Gryffindora w domu działał mocno na wyobraźnię małej Brenny.
On przedstawiał kamienną twarz, ona za to – nieodmiennie uśmiechała się w typowy dla siebie sposób, nieważne, czy akurat dostawała dobrą, czy złą kartę. A dostawała całkiem dobre i w jej ręku dość szybko zebrał się układ, który zwano karetą.
Tyle że szczęście sprzyjało Prewettowi, jakby chcąc zrekompensować mu tego całego pecha piątku trzynastego, bo w jego dłoni z kolei dość szybko zebrał się poker.
- Dalej twierdzisz, że masz dziś pecha? - spytała trochę rozbawiona, kiedy oboje wyłożyli karty i okazało się, że Basilius Prewett naprawdę miał wprawę w tej grze i gdyby postawili pieniądze, właśnie by się wzbogacił. - Jak brzmi więc pytanie? - Podała mu swoje karty, by mógł je przetasować, bo ona w końcu nie miała kości.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.