30.04.2024, 16:31 ✶
– Mi zazwyczaj na usta ciśnie się dużo więcej i dużo soczyściej przy takich układach – przyznała ze współczuciem i zrozumieniem, wlewając w siebie bimber i dolewając jemu. – Ale zobacz tu jest kot. Odwrócony, więc nawet na niego nie masz co liczyć – czknęła, a zaraz potem wgryzła się łapczywie w bardzo ukiszonego ogórka, który nie pamiętał nawet kiedy znalazł się w lodówce Moodych. Z wzajemnością.
– To umiarkowanie, to ja bym powiedziała, że karty mówią, że masz się nie przejmować, bo znajdziesz ukojenie w innej dziedzinie. Ten anioł zawsze mi się zdawał taki niedoruchany, zwłaszcza skoro jest sąsiadem diabla w wielkich arkanach. Te lilie... – zatoczyła oczami koło i skrzywiła się, nigdy nie lubiła tej karty, traktując ją jako naturalną opozycję do samej siebie. Zaprzeczenie tego czym było jej życie. Dobrze, że ten krzywy ryj pojedynczym paluszkiem stopy lądujący w wodzie, przelewający z kielicha do kielicha zamiast wlewania sobie do gardła, całe szczęście, że nie był w jej układzie, chociaż oczywiście nie należało chwalić dnia przed zachodem słońca. Nagle coś przyszło jej do głowy.
– A wiesz, skoro to karta przyszłości, skoro to karta mojej dla Ciebie przyszłości, to kurwa czekaj dam Ci prezent urodzinowy! Tam też są jebane skrzydła. I taki trójkąt, ha! Jestem największą wieszczką na tej jebanej ulicy! – poderwała się nagle, a potem usiadła bo on wyciągnął swoje karty i przecież miał się zrewanżować. Otarła ręce o swoje ciuchy, a potem zbrukała piękne srebrzenia swoim dotykiem. Tasowała tasowała wiedząc, że on chce podejrzeć jej życie uczuciowe, ale tak na prawdę w myślach zaklinała jego lansiarskie dziweczki, żeby układ był możliwie otwarty. Żadnego seksu, samo życie. Nie lubiła bardzo patrzeć z kimś na to jak chujowo sobie radzi, jak nie ogarnia, jak zazdrości komuś czegoś, czego sama nigdy nie będzie mieć. Twarz jednak skrywała się pod zawadiacką pozą.
– Liczę na te osiem pałek bardzo i to w koronie, lubię mieć wybór długości. Tylko cieniasy powtarzają, że rozmiar nie ma znaczenia. – przetasowała jeszcze trochę, by zetrzeć z kart wspominanie penisów (to mogło zaważyć), prosząc je i zaklinając, zastraszając spaleniem, że układ ma być otwarty. W końcu przestała tasować i oddała karty Perygrinusowi. – Przełożyć jeszcze? – zatrzymała się w pół ruchu opuszkami palców dotykając wnętrza jego miękkiej, podróżniczej dłoni, która jak przystało na Trelawney'ów nie była skażona dniem uczciwej pracy. Przyjemne uczucie. Nawet jeśli nie klęczał.
– To umiarkowanie, to ja bym powiedziała, że karty mówią, że masz się nie przejmować, bo znajdziesz ukojenie w innej dziedzinie. Ten anioł zawsze mi się zdawał taki niedoruchany, zwłaszcza skoro jest sąsiadem diabla w wielkich arkanach. Te lilie... – zatoczyła oczami koło i skrzywiła się, nigdy nie lubiła tej karty, traktując ją jako naturalną opozycję do samej siebie. Zaprzeczenie tego czym było jej życie. Dobrze, że ten krzywy ryj pojedynczym paluszkiem stopy lądujący w wodzie, przelewający z kielicha do kielicha zamiast wlewania sobie do gardła, całe szczęście, że nie był w jej układzie, chociaż oczywiście nie należało chwalić dnia przed zachodem słońca. Nagle coś przyszło jej do głowy.
– A wiesz, skoro to karta przyszłości, skoro to karta mojej dla Ciebie przyszłości, to kurwa czekaj dam Ci prezent urodzinowy! Tam też są jebane skrzydła. I taki trójkąt, ha! Jestem największą wieszczką na tej jebanej ulicy! – poderwała się nagle, a potem usiadła bo on wyciągnął swoje karty i przecież miał się zrewanżować. Otarła ręce o swoje ciuchy, a potem zbrukała piękne srebrzenia swoim dotykiem. Tasowała tasowała wiedząc, że on chce podejrzeć jej życie uczuciowe, ale tak na prawdę w myślach zaklinała jego lansiarskie dziweczki, żeby układ był możliwie otwarty. Żadnego seksu, samo życie. Nie lubiła bardzo patrzeć z kimś na to jak chujowo sobie radzi, jak nie ogarnia, jak zazdrości komuś czegoś, czego sama nigdy nie będzie mieć. Twarz jednak skrywała się pod zawadiacką pozą.
– Liczę na te osiem pałek bardzo i to w koronie, lubię mieć wybór długości. Tylko cieniasy powtarzają, że rozmiar nie ma znaczenia. – przetasowała jeszcze trochę, by zetrzeć z kart wspominanie penisów (to mogło zaważyć), prosząc je i zaklinając, zastraszając spaleniem, że układ ma być otwarty. W końcu przestała tasować i oddała karty Perygrinusowi. – Przełożyć jeszcze? – zatrzymała się w pół ruchu opuszkami palców dotykając wnętrza jego miękkiej, podróżniczej dłoni, która jak przystało na Trelawney'ów nie była skażona dniem uczciwej pracy. Przyjemne uczucie. Nawet jeśli nie klęczał.