30.04.2024, 21:39 ✶
Nie, to nawet nie był Bach ani Beethoven, ani nawet jego własna melodia. To dźwięk zapowiadający nadchodzącą katastrofę, pełen bólu, udręki i niemocy. Płakałbym nad sobą, gdybym mógł. Zabiłbym się, gdybym był w stanie. Wygrałbym, gdybym był chociaż trochę silniejszy.
Niestety, ulegałem. Musiałem to w końcu przed sobą przyznać. Cała ta maskarada z rozmową, jakieś zalążki flirtów, nieco rysowania granicy i konkrety... by ostatecznie jednak zakończyć na niczym. Albo właściwie na wszystkim...? Pytanie, w jaki sposób powinniśmy potraktować akt śmierci? Była wszystkim czy może niczym? Czy nie była ani jednym, ani drugim? Jedynie zabierała wszystko, pozostawiała po sobie wielkie nic. Ja, po swojej śmierci, byłem niczym, marną istotą utrzymaną przy względnym życiu jedynie przy użyciu magii. To nawet nie było życie. To było funkcjonowanie jako trup. Nie chciałem by Laurent również się o tym przekonał, jak to jest, kiedy już nie żyjesz.
Jego delikatny dotyk jedynie to potwierdzał. Kusił, ale jednocześnie kruszył moje sumienie na drobne kawałki. Krwawiłbym, płakałbym. Ostatecznie jedynie siedziałem pochylony nad tymi przeklętymi słowami, których nie byłem w stanie przeczytać ze zrozumieniem, a przecież już czytałem nie raz o widmach! Przewinął mi się ten temat kilka razy... Gdzieś, kiedyś. Teraz miałem wrażenie, że całe milenia temu.
Zęby chciały poczuć wiatr, wyjść na wolność. Dziki charkot próbował gwałtem opuścić moją pierś. Dłonie świerzbiły by złapać ofiarę w silny uścisk, nie pozwolić jej się wyrwać. Tak, nie pozwolić się jej wyrwać. Wgryźć się. Chciałem wgryźć się i znowu poczuć życie. Ciepłe, płynne, rozświetlające moje serce i moją duszę. Mógłbym... chociaż trochę?
Może poruszyłem się nieco zbyt gwałtownie, ale uniosłem pięść, którą Laurent zdecydował się dotknąć. Nie czekałem na reakcję, tylko rozłożyłem sztywny wachlarz z palców i go odepchnąłem. Może za mocno, może zbyt chaotycznie, ale miał szczęście, miał fart... Prawdopodobnie, bo nie ręczyłem za siebie. Nie mogłem za siebie ręczyć. Czemu nie mogłem za siebie ręczyć? Kiedy w końcu będę mógł? Byłem, kurwa, przeklęty! Bałem się, że te moje palce jednak go pochwycą, złapią za perfekcyjnie wyprasowaną koszulę, przyciągną do mnie i...
- Otwórz okno - zaskrzeczałem przez ściśnięte gardło, tak na dobrą sprawę starając się nie oddychać. Wciągałem nosem absolutne minimum, byleby wydusić z siebie chociaż krótki komunikat, ostrzeżenie, rozkaz. Mógł to traktować wedle uznania. W tej chwili o to nie dbałem.. Nie chciałem za bardzo otwierać ust by nie kusić losu, by nie kusić pary ostrych kłów. Nie było chwili na kulturę albo dumę. - Albo uciekaj. Cokolwiek - wyjęczałem pełen bólu, którego nie czułem. Jedyne, co było, to tylko ten pożar-pożar-pożar i myśl o krwi-krwi-krwi, pokusa ponownego poczucia życia-życia-życia. Tak blisko, a zarazem tak daleko.
A na zewnątrz świeciło słońce. Pomimo głodu, pomimo pragnienia, nie odważyłbym się stanąć w promieniach słońca. Prawdopodobnie bym tego nie zrobił. Ale kto uzależnionego szaleńca podejrzewałby o rozwagę?
Niestety, ulegałem. Musiałem to w końcu przed sobą przyznać. Cała ta maskarada z rozmową, jakieś zalążki flirtów, nieco rysowania granicy i konkrety... by ostatecznie jednak zakończyć na niczym. Albo właściwie na wszystkim...? Pytanie, w jaki sposób powinniśmy potraktować akt śmierci? Była wszystkim czy może niczym? Czy nie była ani jednym, ani drugim? Jedynie zabierała wszystko, pozostawiała po sobie wielkie nic. Ja, po swojej śmierci, byłem niczym, marną istotą utrzymaną przy względnym życiu jedynie przy użyciu magii. To nawet nie było życie. To było funkcjonowanie jako trup. Nie chciałem by Laurent również się o tym przekonał, jak to jest, kiedy już nie żyjesz.
Jego delikatny dotyk jedynie to potwierdzał. Kusił, ale jednocześnie kruszył moje sumienie na drobne kawałki. Krwawiłbym, płakałbym. Ostatecznie jedynie siedziałem pochylony nad tymi przeklętymi słowami, których nie byłem w stanie przeczytać ze zrozumieniem, a przecież już czytałem nie raz o widmach! Przewinął mi się ten temat kilka razy... Gdzieś, kiedyś. Teraz miałem wrażenie, że całe milenia temu.
Zęby chciały poczuć wiatr, wyjść na wolność. Dziki charkot próbował gwałtem opuścić moją pierś. Dłonie świerzbiły by złapać ofiarę w silny uścisk, nie pozwolić jej się wyrwać. Tak, nie pozwolić się jej wyrwać. Wgryźć się. Chciałem wgryźć się i znowu poczuć życie. Ciepłe, płynne, rozświetlające moje serce i moją duszę. Mógłbym... chociaż trochę?
Może poruszyłem się nieco zbyt gwałtownie, ale uniosłem pięść, którą Laurent zdecydował się dotknąć. Nie czekałem na reakcję, tylko rozłożyłem sztywny wachlarz z palców i go odepchnąłem. Może za mocno, może zbyt chaotycznie, ale miał szczęście, miał fart... Prawdopodobnie, bo nie ręczyłem za siebie. Nie mogłem za siebie ręczyć. Czemu nie mogłem za siebie ręczyć? Kiedy w końcu będę mógł? Byłem, kurwa, przeklęty! Bałem się, że te moje palce jednak go pochwycą, złapią za perfekcyjnie wyprasowaną koszulę, przyciągną do mnie i...
- Otwórz okno - zaskrzeczałem przez ściśnięte gardło, tak na dobrą sprawę starając się nie oddychać. Wciągałem nosem absolutne minimum, byleby wydusić z siebie chociaż krótki komunikat, ostrzeżenie, rozkaz. Mógł to traktować wedle uznania. W tej chwili o to nie dbałem.. Nie chciałem za bardzo otwierać ust by nie kusić losu, by nie kusić pary ostrych kłów. Nie było chwili na kulturę albo dumę. - Albo uciekaj. Cokolwiek - wyjęczałem pełen bólu, którego nie czułem. Jedyne, co było, to tylko ten pożar-pożar-pożar i myśl o krwi-krwi-krwi, pokusa ponownego poczucia życia-życia-życia. Tak blisko, a zarazem tak daleko.
A na zewnątrz świeciło słońce. Pomimo głodu, pomimo pragnienia, nie odważyłbym się stanąć w promieniach słońca. Prawdopodobnie bym tego nie zrobił. Ale kto uzależnionego szaleńca podejrzewałby o rozwagę?