30.04.2024, 22:17 ✶
To miał być miły dzień.
Ale Alastora wezwali do jakiegoś nagłego super pojebanego przypadku i wywiało go na drugi koniec wysp.
Nie była w stanie usiedzieć w domu. Nie była w stanie usiedzieć w parku. Nie była w stanie usiedzieć w knajpie. Nie była w stanie wytrzymać sama ze sobą, a gdzieś w środku miała przeczucie, że kolejny odwołany wspólny czas eksploduje jej w twarz, jeśli spotka się z kimś bliskim. Jej przyjaciele znali ją za długo, wiedzieli kiedy udaje, kiedy zgrzyta zębami, kiedy chwyta za nóż i zaczyna jego czubkiem nacinać kreski na kuchennym blacie. Kolejny kurwa raz. Gdyby jeszcze mogła tam jechać razem z nim. Nikt by przecież nie zauważył małego cienia podążającego krok w krok za rosłym aurorem. Nikt...
Wypierdoliła z domu i polazła gdzieś, gdziekolwiek, odwrócić swoje myśli. W planach wieczorem miała sążniste upicie się na jakiejś balandze, ale na razie mogła poudawać kogoś kulturalnego. Wernisaż zdjęć zachęcał darmowym wejściem (dobrze czasem było mieć porozrzucane po mieści przysługi) darmowymi bąbelkami i darmową inspiracją. Chodziło za nią znów malowanie, jakoś tak po przeprowadzce, kiedy trzeba było tachać na nowe poddasze te wszystkie kanwy, farby i rozpuszczalniki... Zatęskniła za tym uczuciem, za szkicowaniem, za pędzlem, który poddawał się jej woli, a czasem się nie poddawał, ale lepiej było nakrzyczeć na pędzel niż na brata za którym się tak piekielnie tęskniło.
I też przyćpanie rozpuszczalnikiem, ten chaos w głowie, ten ból głowy... To gwarantowało dobry sen.
Mogła przez moment poudawać kulturalną osobę, pomyśleć jakby to było, gdyby sama miała taki wernisaż. Nawet ubrała się tak, że oczy nie bolały tych wszystkich czyściuchów ocierających się o jej półkrwiste ciało. Jedwabna, granatowa koszula ponoć podkreślała jej oczy, Morpheus cały czas próbował forsować, żeby ubierała się doroślej. Miała ochotę potraktować jego prezent jako ścierę do pędzli, ale szczęśliwie wrzuciła ją do szafy i o niej zapomniała. Idealnie na dziś. Do tego bezwzględnie wąskie czarne jeansy, czuła się w nich seksy, nawet jeśli lepiej by jej było udawać, że posiada biodra inne niż wystające kości miednicy.
Ostatnim czego się spodziewała, to usłyszenie swojego imienia.
Obróciła się zaskoczona i zamrugała kilkukrotnie na widok zmierzającego ku niej mężczyźnie. W pierwszej chwili go nie poznała, ale umówmy się, świat czarodziei nie jest aż tak wielki, żeby nie połączyć kropek.
Zwłaszcza jeśli zmierzająca ku niej kropka dała jej bardzo ładną różę wyrastającą z najpiękniejszej i niewątpliwie najdroższej sukienki, której pewnie nigdy nie założy.
– Christopher! – jej pokryte karminem usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, a złociste oczy zaiskrzyły chochlikiem, uświadamiającym jej, że w sumie nie przeszli na ty, a jednak przeszli. Upiła darmowego szampana, z przyjemnością rozmasowując bombelki na podniebieniu. – Nie wspominałeś, że się tu wybierasz! – oczywiście, że nie, nie rozmawiali ze sobą, praktycznie nie mieli o sobie pojęcia bo i czemu mieliby mieć. Ale Milie lubiła trolować ludzi, a aura tego snobistycznego miejsca bardzo sprzyjała takiemu snobistycznemu pierdoleniu.
Ale Alastora wezwali do jakiegoś nagłego super pojebanego przypadku i wywiało go na drugi koniec wysp.
Nie była w stanie usiedzieć w domu. Nie była w stanie usiedzieć w parku. Nie była w stanie usiedzieć w knajpie. Nie była w stanie wytrzymać sama ze sobą, a gdzieś w środku miała przeczucie, że kolejny odwołany wspólny czas eksploduje jej w twarz, jeśli spotka się z kimś bliskim. Jej przyjaciele znali ją za długo, wiedzieli kiedy udaje, kiedy zgrzyta zębami, kiedy chwyta za nóż i zaczyna jego czubkiem nacinać kreski na kuchennym blacie. Kolejny kurwa raz. Gdyby jeszcze mogła tam jechać razem z nim. Nikt by przecież nie zauważył małego cienia podążającego krok w krok za rosłym aurorem. Nikt...
Wypierdoliła z domu i polazła gdzieś, gdziekolwiek, odwrócić swoje myśli. W planach wieczorem miała sążniste upicie się na jakiejś balandze, ale na razie mogła poudawać kogoś kulturalnego. Wernisaż zdjęć zachęcał darmowym wejściem (dobrze czasem było mieć porozrzucane po mieści przysługi) darmowymi bąbelkami i darmową inspiracją. Chodziło za nią znów malowanie, jakoś tak po przeprowadzce, kiedy trzeba było tachać na nowe poddasze te wszystkie kanwy, farby i rozpuszczalniki... Zatęskniła za tym uczuciem, za szkicowaniem, za pędzlem, który poddawał się jej woli, a czasem się nie poddawał, ale lepiej było nakrzyczeć na pędzel niż na brata za którym się tak piekielnie tęskniło.
I też przyćpanie rozpuszczalnikiem, ten chaos w głowie, ten ból głowy... To gwarantowało dobry sen.
Mogła przez moment poudawać kulturalną osobę, pomyśleć jakby to było, gdyby sama miała taki wernisaż. Nawet ubrała się tak, że oczy nie bolały tych wszystkich czyściuchów ocierających się o jej półkrwiste ciało. Jedwabna, granatowa koszula ponoć podkreślała jej oczy, Morpheus cały czas próbował forsować, żeby ubierała się doroślej. Miała ochotę potraktować jego prezent jako ścierę do pędzli, ale szczęśliwie wrzuciła ją do szafy i o niej zapomniała. Idealnie na dziś. Do tego bezwzględnie wąskie czarne jeansy, czuła się w nich seksy, nawet jeśli lepiej by jej było udawać, że posiada biodra inne niż wystające kości miednicy.
Ostatnim czego się spodziewała, to usłyszenie swojego imienia.
Obróciła się zaskoczona i zamrugała kilkukrotnie na widok zmierzającego ku niej mężczyźnie. W pierwszej chwili go nie poznała, ale umówmy się, świat czarodziei nie jest aż tak wielki, żeby nie połączyć kropek.
Zwłaszcza jeśli zmierzająca ku niej kropka dała jej bardzo ładną różę wyrastającą z najpiękniejszej i niewątpliwie najdroższej sukienki, której pewnie nigdy nie założy.
– Christopher! – jej pokryte karminem usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, a złociste oczy zaiskrzyły chochlikiem, uświadamiającym jej, że w sumie nie przeszli na ty, a jednak przeszli. Upiła darmowego szampana, z przyjemnością rozmasowując bombelki na podniebieniu. – Nie wspominałeś, że się tu wybierasz! – oczywiście, że nie, nie rozmawiali ze sobą, praktycznie nie mieli o sobie pojęcia bo i czemu mieliby mieć. Ale Milie lubiła trolować ludzi, a aura tego snobistycznego miejsca bardzo sprzyjała takiemu snobistycznemu pierdoleniu.