30.04.2024, 22:26 ✶
– Nigdy nie próbowałeś przymierzyć tego hełmu? – zdumiała się bardzo szczerze Brenna. Miecz Godryka w domu otaczano wręcz nabożną czcią, ale do takich hełmu i tarczy na pewno by się w wieku nastoletnim szybko dorwała, i nie powstrzymałyby jej przed tym zakazy, ostrzeżenia, kary ani zaklęcia.
Ten uśmiech był swojego rodzaju wydaniem pokerowej twarzy Brenny. Tylko… takim odwrotnym. I to nie tylko w kartach. A przychodził jej całkiem naturalnie, bo była z natury dość wesołą osobą, więc uśmiechanie się i w tych chwilach, gdy wcale nie było ci wesoło, nie było aż takie trudne…
…poza tym na kartach były pieski. Jak tu się nie uśmiechać, kiedy w dłoń wkładają ci kartę z pieskiem?
– Hm… mur powinien zniknąć za maksymalnie dziesięć minut – powiedziała Brenna, tak jakoś ostrożnie, spoglądając w stronę wyczarowanego muru ze złowieszczym napisem. Magia miała to do siebie, że była nietrwała. Miała jednak do siebie też to, że trwałość zależała między innymi od umiejętności, a akurat w kształtowaniu Brenna była niezła. No i magia lubiła czasem płatać figle, a przecież cała ta ściana była jednym, wielkim magicznym dowcipem.
Może nie zniknie za dziesięć minut.
Może przepadnie za dziesięć godzin.
Brenna westchnęła, bo ostatecznie lepiej było się skupić na kartach niż na zamartwianiu się, jak długo będą tu tkwić. Gdy Basilius rozdawał karty, wygrzebała za to z kieszeni czekoladowe żaby – zawsze nosiła przy sobie jakieś słodkości (a także świece widmowidza, bandaż, notatnik i masę innych rzeczy, przez co w ubraniach miała zwykle dużo kieszeni albo brała plecak).
– Żabę? – spytała, walcząc przez moment z opakowaniem, by potem zerknąć na kartę i z pewnym rozczarowaniem stwierdzić, że dostał się jej kolejny Slytherin. – To już mój bodaj dziesiąty Salazar – poskarżyła się, a potem wpakowała sobie żabę do ust i sięgnęła po karty, tym razem te od pokera, nie z czekoladowych żab. Zerknęła na nie, z pewnym zamyśleniem, nie tyleż nad tym, co tym razem przyniósł jej los, ale nad pytaniem. Nawet nie pomyślała, by na nie nie odpowiedzieć, bo w końcu umowa ot umowa. – Eee… taki, którego nie widziałeś? Bo w sumie starożytna klątwa, ta ostatnio, była całkiem dziwna. Ale hm, w sumie to chyba całkiem dziwny był… a nie, zaraz… tak, dziwniejsze było to, jak oberwałam trzema klątwami na raz, one weszły jakoś w reakcję, i byłoby marnie, ale mam znajomego klątwołamacza, i moje kuzynki trochę się na tym znają. I w sumie to podobno nawet dobrze, że trafiła mnie ta trzecia klątwa, bo druga powinna wysysać życie, ale zamiast wysysać życia wysysała trzecią klątwę, czy jakoś tak?
Mogłoby się wydawać, że podchodziła do sprawy wybitnie beztrosko, ale mogła sobie na to pozwolić, bo to już była przeszłość i ostatecznie wszystko było dobrze już dzień później.
Ten uśmiech był swojego rodzaju wydaniem pokerowej twarzy Brenny. Tylko… takim odwrotnym. I to nie tylko w kartach. A przychodził jej całkiem naturalnie, bo była z natury dość wesołą osobą, więc uśmiechanie się i w tych chwilach, gdy wcale nie było ci wesoło, nie było aż takie trudne…
…poza tym na kartach były pieski. Jak tu się nie uśmiechać, kiedy w dłoń wkładają ci kartę z pieskiem?
– Hm… mur powinien zniknąć za maksymalnie dziesięć minut – powiedziała Brenna, tak jakoś ostrożnie, spoglądając w stronę wyczarowanego muru ze złowieszczym napisem. Magia miała to do siebie, że była nietrwała. Miała jednak do siebie też to, że trwałość zależała między innymi od umiejętności, a akurat w kształtowaniu Brenna była niezła. No i magia lubiła czasem płatać figle, a przecież cała ta ściana była jednym, wielkim magicznym dowcipem.
Może nie zniknie za dziesięć minut.
Może przepadnie za dziesięć godzin.
Brenna westchnęła, bo ostatecznie lepiej było się skupić na kartach niż na zamartwianiu się, jak długo będą tu tkwić. Gdy Basilius rozdawał karty, wygrzebała za to z kieszeni czekoladowe żaby – zawsze nosiła przy sobie jakieś słodkości (a także świece widmowidza, bandaż, notatnik i masę innych rzeczy, przez co w ubraniach miała zwykle dużo kieszeni albo brała plecak).
– Żabę? – spytała, walcząc przez moment z opakowaniem, by potem zerknąć na kartę i z pewnym rozczarowaniem stwierdzić, że dostał się jej kolejny Slytherin. – To już mój bodaj dziesiąty Salazar – poskarżyła się, a potem wpakowała sobie żabę do ust i sięgnęła po karty, tym razem te od pokera, nie z czekoladowych żab. Zerknęła na nie, z pewnym zamyśleniem, nie tyleż nad tym, co tym razem przyniósł jej los, ale nad pytaniem. Nawet nie pomyślała, by na nie nie odpowiedzieć, bo w końcu umowa ot umowa. – Eee… taki, którego nie widziałeś? Bo w sumie starożytna klątwa, ta ostatnio, była całkiem dziwna. Ale hm, w sumie to chyba całkiem dziwny był… a nie, zaraz… tak, dziwniejsze było to, jak oberwałam trzema klątwami na raz, one weszły jakoś w reakcję, i byłoby marnie, ale mam znajomego klątwołamacza, i moje kuzynki trochę się na tym znają. I w sumie to podobno nawet dobrze, że trafiła mnie ta trzecia klątwa, bo druga powinna wysysać życie, ale zamiast wysysać życia wysysała trzecią klątwę, czy jakoś tak?
Mogłoby się wydawać, że podchodziła do sprawy wybitnie beztrosko, ale mogła sobie na to pozwolić, bo to już była przeszłość i ostatecznie wszystko było dobrze już dzień później.
Rzut 1d100 - 82
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.