01.05.2024, 09:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2024, 09:22 przez Brenna Longbottom.)
Jak podczas gry uśmiech Brenny pozostawał taki sam, tak teraz uśmiechnęła się do Basiliusa znad kart trochę inaczej: jakby przebiegle. Zupełnie nie po longbottomowsku. Cóż, czasem odzywała się w niej krew Potterów. No dobrze, może często odzywała się w niej krew Potterów.
– Tylko próbowałam? – odparła pytaniem na pytanie. Oczywiście, dziadek też by ją chyba zamordował, gdyby została na tym przyłapana, a gdyby uszkodziła cenny zabytek, to dopiero by oberwała, ale po wielu próbach rzecz jasna zdjęła go ze ściany, gdy tylko ukończyła siedemnaście lat i mogła cichcem dezaktywować broniące miecza zaklęcia – które jako członkini rodziny znała. – Murem, policyjnymi taśmami, drugimi drzwiami i łóżkiem. Nie zapominaj o łóżku – powiedziała, zwłaszcza, że łóżko to akurat nie zniknie, było w końcu całkowicie niemagiczne i tylko magią przemieszczone.
– Och, nie mam nic przeciwko Slytherinowi. Wiesz, poza tym pierdoleniem o czystości krwi, to skoro był taki przebiegły i założył szkołę, musiał być w pewnym momencie w porządku? Helga i Rowena chyba by go nie ceniły, gdyby od początku był draniem. Godryka mógłby jeszcze nabrać, my Gryfoni bywamy głupio lojalni, ale taka Helga to pewnych rzeczy by mu nie wybaczyła, a Rowena szybko by go przjrzała… Po prostu w tych żabach mnie prześladuje, oddałam z dziesięć sztuk, a dalej mam kilka… Ale Gryffindora też mam, zostało mi chyba czterech – plotła, zerkając na karty, jakie dostała. I jak on się nie zakrztusił, tak ona już tak, gdy wspomniał, że NIGDY nie trafił na Rowenę. Jak to było możliwe?! Toż to była jedna z popularniejszych kart! A on był przecież w Ravenclawie! – Żadnej Roweny? Poważnie?! Przyślę ci jedną, mam ich pięć, to skandal, żeby Krukon nie miał karty Ravenclaw – oświadczyła, jakby to było dziwniejsze niż oberwanie tymi trzema klątwami, jedna po drugiej.
Co przy okazji mogło wyjaśniać, dlaczego miała przy sobie dwie czekoladowe żaby.
A właściwie to miała przy sobie jeszcze dwie, bo przecież nigdy nie wiedziała, komu trzeba będzie podsunąć coś słodkiego.
– Naprawdę? – zdziwiła się, przełknęła ostatni kawałek żaby i dobrała kolejną kartę. – Myślałam, że w Mungu ciągle zdarzają się takie dziwności. Poza tym to nie była moja wina, rutynowe przeszukanie, a dom okazał się bardzo przeklęty – oświadczyła i wyłożyła karty. Nie opowiadając, jakie to były przekleństwa, skoro ostatecznie nie chciał wiedzieć...
Znowu kareta.
Basilius też miał karetę, ale… z wyższych kart.
– Cholera, muszę pamiętać, żeby nigdy nie grać z Prewettami o nic ważnego – roześmiała się, bo przecież jak na kogoś, kto nie umie za bardzo grać, to jej dziś szło dobrze, ale on miał wręcz nieprzytomnego farta.
– Tylko próbowałam? – odparła pytaniem na pytanie. Oczywiście, dziadek też by ją chyba zamordował, gdyby została na tym przyłapana, a gdyby uszkodziła cenny zabytek, to dopiero by oberwała, ale po wielu próbach rzecz jasna zdjęła go ze ściany, gdy tylko ukończyła siedemnaście lat i mogła cichcem dezaktywować broniące miecza zaklęcia – które jako członkini rodziny znała. – Murem, policyjnymi taśmami, drugimi drzwiami i łóżkiem. Nie zapominaj o łóżku – powiedziała, zwłaszcza, że łóżko to akurat nie zniknie, było w końcu całkowicie niemagiczne i tylko magią przemieszczone.
– Och, nie mam nic przeciwko Slytherinowi. Wiesz, poza tym pierdoleniem o czystości krwi, to skoro był taki przebiegły i założył szkołę, musiał być w pewnym momencie w porządku? Helga i Rowena chyba by go nie ceniły, gdyby od początku był draniem. Godryka mógłby jeszcze nabrać, my Gryfoni bywamy głupio lojalni, ale taka Helga to pewnych rzeczy by mu nie wybaczyła, a Rowena szybko by go przjrzała… Po prostu w tych żabach mnie prześladuje, oddałam z dziesięć sztuk, a dalej mam kilka… Ale Gryffindora też mam, zostało mi chyba czterech – plotła, zerkając na karty, jakie dostała. I jak on się nie zakrztusił, tak ona już tak, gdy wspomniał, że NIGDY nie trafił na Rowenę. Jak to było możliwe?! Toż to była jedna z popularniejszych kart! A on był przecież w Ravenclawie! – Żadnej Roweny? Poważnie?! Przyślę ci jedną, mam ich pięć, to skandal, żeby Krukon nie miał karty Ravenclaw – oświadczyła, jakby to było dziwniejsze niż oberwanie tymi trzema klątwami, jedna po drugiej.
Co przy okazji mogło wyjaśniać, dlaczego miała przy sobie dwie czekoladowe żaby.
A właściwie to miała przy sobie jeszcze dwie, bo przecież nigdy nie wiedziała, komu trzeba będzie podsunąć coś słodkiego.
– Naprawdę? – zdziwiła się, przełknęła ostatni kawałek żaby i dobrała kolejną kartę. – Myślałam, że w Mungu ciągle zdarzają się takie dziwności. Poza tym to nie była moja wina, rutynowe przeszukanie, a dom okazał się bardzo przeklęty – oświadczyła i wyłożyła karty. Nie opowiadając, jakie to były przekleństwa, skoro ostatecznie nie chciał wiedzieć...
Znowu kareta.
Basilius też miał karetę, ale… z wyższych kart.
– Cholera, muszę pamiętać, żeby nigdy nie grać z Prewettami o nic ważnego – roześmiała się, bo przecież jak na kogoś, kto nie umie za bardzo grać, to jej dziś szło dobrze, ale on miał wręcz nieprzytomnego farta.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.