Pomóż mi. Pomóż mi, pomóż i… Fernah wstrzymała oddech, gdy mężczyzna postąpił krok w jej stronę. Automatycznie sama cofnęła się, by zachować między nimi dystans. Dzieląca ich odległość była namiastką bezpieczeństwa i chociaż prędzej różdżka była prawdziwą przeszkodą dla atakującego, to w gadzim mózgu kobiety, to właśnie dystans był wyznacznikiem bezpieczeństwa.
Po pierwsze nie szkodzić. To zdanie pojawiło się w jej głowie, gdy spoglądała na bladego jak ściana mężczyznę. Szeroko rozwarte oczy latały na boki, przykryte od góry nieco pozlepianymi kosmykami ciemnych włosów. Nie trzeba było być uzdrowicielem, żeby widzieć, że nieznajomy cierpi. Że coś z nim jest bardzo nie tak.
Po drugie pomagać, wszystkim i zawsze. Zacisnęła dłoń mocniej na rękojeści różdżki, tocząc wewnątrz siebie wojnę, co powinna zrobić. Tak naprawdę świetnie wiedziała, jak postąpić, ale biła się z myślami czy najpierw w jakiś sposób obezwładnić mężczyznę, czy zawołać kogoś jeszcze z lekarskiej obsługi. Czas mijał, a oboje nie mieli go za wiele.
— Nie ruszaj się. — nakazała mu, tylko udając twardy ton.
Nie widziała po nim, by miał zamiar zrobić coś wbrew jej słowom, więc powoli opuściła różdżkę. Cofnęła się do wejścia, nie spuszczając z niego spojrzenia i pyknęła włącznik. Żarówki zabrzęczały znajomo i magazynek został zalany przez ostre białe światło, przez które nawet ona musiała przymrużyć oczy.
Wróciła do swojego poprzedniego miejsca i zlustrowała mężczyznę spojrzeniem, by zobaczyć, czy ma jakieś widoczne gołym okiem urazy.
— Pomogę ci, ale muszę wiedzieć, co ci jest? — powiedziała w tym samym czasie i dodała po chwili. — I jak masz na imię?Przyrzekam te obowiązki sumiennie spełniać, służyć życiu i zdrowiu, według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazywać im należny szacunek… Słowa przysięgi, które znał każdy adept szkolący się na uzdrowiciela i każdy, kto uzdrowicielem został, były dla Ferny pokrzepiające. Była w stanie wyrecytować tę formułkę, obudzona w środku nocy, wyrwana z najgłębszego snu, w jaki jest się w stanie zapaść. Teraz tym mocniej czuła wagę tych słów, gdy spoglądała na człowieka, który wyglądał jak zapędzone w kozi róg zwierzę.