01.05.2024, 11:09 ✶
Nie miał pojęcia, co chodziło Mildred Moody po głowie, gdy zareagowała tak, a nie inaczej na jego powitanie, ale wręcz doskonale, że zachowała się tak, jak gdyby się znali. Nawet jeżeli zamierzała zrobić to początkowo po to, żeby zrobić potencjalnie na złość jemu przed znajomymi, to przecież idealnie mu pasowało…
– Nie mówiłem? Okropne niedopatrzenie z mojej strony – powiedział głośno, a potem pochylił się nieco, by kolejne słowa szepnąć… nad jej głową, bo była o tyle niższa, że aby wyszeptać je do ucha musiałby zgiąć się prawie w pół. – Ratuj mnie przed tą modliszką, a będę ci winny ogromną przysługę – szepnął, przez moment wahając się zanim powiedział o tej „ogromnej przysłudze”. W pierwszej chwili miał zamiar wspomnieć, że będzie jej winny sto galeonów, ale cholera wie, czasem ci półkrwiści dla pieniędzy byli gotowi zrobić wszystko, a czasem bywali Dumni i to przez duże D, woleli jeść suchy chleb niż poczuć, że ktoś tę dumę zdeptał i tak dalej. A Christopher nie miał pojęcia, do której kategorii należała Moody, teraz zaś bardzo nie chciał jej obrazić, skoro potrzebował współpracy, by wyrwać się z bluszczowego uścisku Yvonne, nie rozpoczynając konfliktu ze swoim przyjacielem i krewnym zarazem…
– Christopher?
– Wybaczcie – stwierdził, obracając się do towarzystwa, z fałszywym uśmiechem na ustach. – Lorcanie, to Mildred, moja nowa znajoma, chyba nie zdążyłem ci o niej opowiedzieć, obiecałem, że pokażę jej dzisiaj nasze ostatnie projekty… Mildred, to mój przyjaciel i daleki kuzyn, Lorcan Selwyn i jego żona, urocza Anna. Jestem pewien, że pamiętasz, jak pokazywałem ci jej suknię ślubną – oświadczył, kłamiąc gładko… w tej części z pokazywaniem ostatnich projektów, rzecz jasna, bo przecież akurat był pewny, że suknię ślubną Anny Lynett Moody doskonale pamiętała.
Jak mogłaby nie pamiętać tak pięknego projektu? Pal licho kradzież, ale ta suknia zdaniem Christophera była niezapomniana.
– A to gwiazda dzisiejszej wystawy, autorka tych wszystkich prac, panna Yvo… Yvette – dopełnił prezentacji. Lorcan zmierzył Millie ciekawym spojrzeniem (nie kojarzył jej: i to już wzbudzało pewne zainteresowanie, bo większość czystokrwistych znał choćby z widzenia, Christopher spotykał się niekiedy z pannami półkrwi, o ile ich rodziny należały do tych starszych, ale światu to rzadko je pokazywał), Anna zdawała się skonsternowana, a Yvette uśmiechnęła się uprzejmie. – Jak podobają ci się zdjęcia magicznego Londynu w jej wykonaniu?
Machnął przy tym niedbale ręką, wskazując na wystawione fotografie przechodniów na Horyzontalnej, paru osób siedzących przy stolikach przed Fontanną Szczęśliwego Losu oraz jakiegoś ulicznego artysty.
– Nie mówiłem? Okropne niedopatrzenie z mojej strony – powiedział głośno, a potem pochylił się nieco, by kolejne słowa szepnąć… nad jej głową, bo była o tyle niższa, że aby wyszeptać je do ucha musiałby zgiąć się prawie w pół. – Ratuj mnie przed tą modliszką, a będę ci winny ogromną przysługę – szepnął, przez moment wahając się zanim powiedział o tej „ogromnej przysłudze”. W pierwszej chwili miał zamiar wspomnieć, że będzie jej winny sto galeonów, ale cholera wie, czasem ci półkrwiści dla pieniędzy byli gotowi zrobić wszystko, a czasem bywali Dumni i to przez duże D, woleli jeść suchy chleb niż poczuć, że ktoś tę dumę zdeptał i tak dalej. A Christopher nie miał pojęcia, do której kategorii należała Moody, teraz zaś bardzo nie chciał jej obrazić, skoro potrzebował współpracy, by wyrwać się z bluszczowego uścisku Yvonne, nie rozpoczynając konfliktu ze swoim przyjacielem i krewnym zarazem…
– Christopher?
– Wybaczcie – stwierdził, obracając się do towarzystwa, z fałszywym uśmiechem na ustach. – Lorcanie, to Mildred, moja nowa znajoma, chyba nie zdążyłem ci o niej opowiedzieć, obiecałem, że pokażę jej dzisiaj nasze ostatnie projekty… Mildred, to mój przyjaciel i daleki kuzyn, Lorcan Selwyn i jego żona, urocza Anna. Jestem pewien, że pamiętasz, jak pokazywałem ci jej suknię ślubną – oświadczył, kłamiąc gładko… w tej części z pokazywaniem ostatnich projektów, rzecz jasna, bo przecież akurat był pewny, że suknię ślubną Anny Lynett Moody doskonale pamiętała.
Jak mogłaby nie pamiętać tak pięknego projektu? Pal licho kradzież, ale ta suknia zdaniem Christophera była niezapomniana.
– A to gwiazda dzisiejszej wystawy, autorka tych wszystkich prac, panna Yvo… Yvette – dopełnił prezentacji. Lorcan zmierzył Millie ciekawym spojrzeniem (nie kojarzył jej: i to już wzbudzało pewne zainteresowanie, bo większość czystokrwistych znał choćby z widzenia, Christopher spotykał się niekiedy z pannami półkrwi, o ile ich rodziny należały do tych starszych, ale światu to rzadko je pokazywał), Anna zdawała się skonsternowana, a Yvette uśmiechnęła się uprzejmie. – Jak podobają ci się zdjęcia magicznego Londynu w jej wykonaniu?
Machnął przy tym niedbale ręką, wskazując na wystawione fotografie przechodniów na Horyzontalnej, paru osób siedzących przy stolikach przed Fontanną Szczęśliwego Losu oraz jakiegoś ulicznego artysty.