— Nie przejmuj się cukrem, mam jeszcze zapas.
Ralitsa nie miała specjalnie oszczędności, ale gdy nadarzała się okazja, nie potrafiła przymknąć oczu. Dlatego dwa wielkie worki cukru siedziały w jej spiżarce od kilku miesięcy. Zapas dla całej rodziny na całe życie, gdyby nie zamiłowanie do przetworów wymagających spore zasoby białego proszku.
Roześmiała się na komentarz córki.
— Wiązanie różu z tym uczuciem nie jest przypadkowe. To kolor radości, szczęścia. W niektórych kręgach wierzy się, że samo otaczanie się tym kolorem niesie pozytywne skutki i przywołuje dobrą energię. Niektórzy trochę za bardzo się tym przejmują i farbują nawet swoje sowy i koty... Z pewnością muszą wyglądać uroczo, ale to trochę nierozsądne posunięcie, nie uważasz? Wyobraź sobie otrzymać wezwanie do zapłaty z łapki różowego puchacza, który zwykł transportować ckliwe wyznania kochanków... To by był dopiero zwiastun uniesień...
Delikatność Ralitsy obejmowała też poczucie humoru. To typ matki, dla której obrazek z kotkiem wywróconym na bok nosiłby miano "śmiesznego". Jej śmiech był jak bryza, u kogoś innego byłby wyćwiczonym pohamowaniem ekspresji — dla niej to stanowiło normę. Śmiała się lekko rozchylonymi ustami i zmarszczkami przy zewnętrznych kącikach oczu. Jej rozbawienie było autentyczne, pomimo braku rubasznych odgłosów, ale nabrało jeszcze większej subtelności, gdy nadszedł temat "kawalera".
— O panu Lupinie, oczywiście.
Nawet Ralitsa miała w sobie potrzebę drażnienia potomków potencjalnymi partnerami, aczkolwiek nie drążyła tematu, gdy nie został podjęty, lub wręcz zdeptany unikami zawstydzenia.