Słysząc odpowiedź Rodolphusa, u Nicholasa także kącik ust uniósł się w geście lekkiego uśmiechu. Słabego ale jednak. Nie byli przyzwyczajeni do takiej sytuacji a tu los postanowił wystawić ich na testy. Nicholas mimo iż sprawiał wrażenie osoby sprawnej, zdecydowanej, chętnej do działania, przystępując także do śmierciożerców, tak naprawdę mogły to być pozory. Pod silną maską osobowości, skrywane miał choroby i dolegliwości. W końcu miał specjalne diety, nie mogąc lub rezygnując z jedzenia czegoś. Dlatego może nie chciał rodzinę za bardzo martwić swoim stanem zdrowia. Nie chcąc od nich żadnej opieki. Z tego względu, że mogli dostrzec u niego mroczny znak. Taka obawa miała również miejsce u jego brata, Theona, który zaginął po Beltame, że aż szukali go w Mungu. Czy również zamartwianie się o brata, nie było czynnikiem wyłaniającym częściowe objawy choroby?
- Powinienem być Ci wdzięczny za tę pomoc.Wyraził swoje zdanie w jego odpowiedzi, kiedy Lestrange dodał o niewdzięczności. Nie było to w słowach konkretne ”dziękuję”, ale samo wyrażenie wdzięczości, było co prawda szczere. Doceniał tę jego pomoc. Zrozumiał przy tej sytuacji, jak bardzo może być uzależniony od drugiej osoby, jeżeli lata mu przybędą.
Nicholas próbował podnieść się powoli, chcąc usiąść na łóżku. Być może wygodniej byłoby mu mieć także poduszkę pod plecami. Zrobił to w celu chęci sięgnięcia po herbatę, jaką mu przygotował Rodolphus. Zanim zdecydowałby się przespać, powinien ją wypić.
Lecz nim poprawił się, aby wygodniej usiąść, przysunąć się bliżej ramy łóżka przy ścianie, utkwił wzrok na Rodolphusie, który wwiercał się w niego swoim spojrzeniem.
Odparł zgodnie z prawdą. Nie spodziewał się, że choroba go zaatakuje w takim momencie, niespodziewanie. Ale też dobrze się stało, że z kimś mieszkał.
- Zwykle z tym radzę sobie sam… Dlatego nie chciałem, abyś poczuł się w jakimś stopniu, zobowiązany mi pomóc…
Westchnął, przenosząc spojrzenie gdzieś na bok pościeli, podpierając się nadal rękoma o materac. Zaraz jednak wzrok przeniósł na swoje lewe przedramię, gdzie widniał mroczny znak. Przy czym dodał.
- Może zrozumiałem… Że przyjdzie moment, gdzie nie dam sobie rady sam?
Spojrzał na Rodolphusa.
- Przez to, nie mogę liczyć na inną pomoc, jak tylko od tych, z którymi jestem w tym samym miejscu… O ile komuś w ogóle na mnie jeszcze zależy… Nie bez powodu, pracuję w Komnacie Śmierci.
Mówił poniekąd tak, jakby ze swoją przypadłością, sytuacją był pogodzony. Gdyby miał trafić do Azkabanu, nie przeżyłby tam długo. Śmierć byłaby dla niego idealnym wybawieniem. Był na nią przygotowany. Od dawna pragnął zagłębiać w jej temacie wiedzę. Zrozumieć ją. Jej postęp, działanie, istnienie. Szukał także możliwości jej uniknięcia, oszukania. Dlatego zależało mu pracować w Komnacie Śmierci. Współpracować z Koronerami. Zrozumieć śmierć także innych istot. Jak stracili życie.
Z pomocą Rodolphusa czy też samodzielnie, usadowił się wygodniej, sięgnął po kubek z herbatą, obejmując obiema rękoma, na tyle ile mógł, jeżeli nie był za gorący. Upił łyk ostrożnie. Pozwalając aby płyn ziołowej herbaty na wzmocnienie, rozgrzał jego przełyk.