01.05.2024, 14:37 ✶
Roselyn nie miała czasu, by przesiadywać u Lizzy. Odkąd w Kniei zaczęło dziać się źle, a Ministerstwo zakazało tam wstępu, mieli pełne ręce roboty. Ojciec powierzył jej część opieki nad ważnymi projektami, dobitnie dając do zrozumienia młodej Greengrassównie, że sprawa z Knieją Godryka należy do niego. Do niego, do wuja, do męskiej części rodu i części kobiet, które były co najmniej dwa razy starsze od młodziutkiej Rose. Bardziej doświadczone. Była cholernie rozżalona z tego powodu. Co prawda dostała naprawdę odpowiedzialne zadanie, bo nieoficjalnie pomagała jego zastępcy w kierowaniu badaniami, co było ogromnym krokiem dla jej kariery, ale... Czuła się oszukana.
Była przecież częścią rodu, częścią Kniei. Knieja była nią, ona była Knieją. Stanie się nią w całości, gdy umrze. Każdy o tym wiedział, ale z jakiegoś powodu ojciec odmówił, gdy zaoferowała swoją pomoc. Sam współpracował z Biurem Aurorów i Departamentem Tajemnic. On i lwia część rodziny, podczas gdy ona... Siedziała na dupie. Tak to odbierała. Była więc zła, że znowu jej nie doceniono. Dyskryminacja - tak to odbierała. Jawna i bezczelna, ale wiedziała doskonale, że nie może się ojcu sprzeciwić.
Zwłaszcza że drzewa milczały.
Musiała o tym porozmawiać z Samuelem, który przecież również należał do tej części lasu, chociaż nie w ten sposób, co ona. Ale podobny. Myślała o nim niejednokrotnie, ale bała się - po czasie zrozumiała, że nie chciał jej skrzywdzić, tylko pokazać, co potrafi. Ale nie potrafiła go odnaleźć. Upewniła się samodzielnie, że przebywał na terenie Kniei legalnie. A gdy nawiedziły ją Widma... Cóż. Szukali go, ale nie mogli znaleźć. Była pewna, że umarł. Nawet uroniła jedną łzę, bo przecież nikt nie zasługiwał na taki los - na ten koszmar, który sprawił, że Widmo wyssało z młodego dziecka życie. Dlatego list od mężczyzny był niespodzianką. Nie spodziewała się go, zwłaszcza że nie ulokowała Sama wśród osób, które potrafią pisać. Teraz się wstydziła tych myśli, ale wtedy naprawdę uważała, że był po prostu Chłopcem z Lasu, który nie potrafiłby się odnaleźć w społeczeństwie. Cóż: myliła się.
- Sam! - nie wyrosła jak spod ziemi. Weszła do knajpy normalnie, ubrana w wygodną, długą spódnicę w kolorze ciemnej zieleni i białą bluzkę z haftem w tym samym kolorze. włosy miała rozpuszczone, na ramieniu wisiała nieduża torebka. Jej głos przepełniała ulga. Podeszła do niego - mógł dostrzec, że trochę się postarzała. Nie, nie postarzała... Wydoroślała. Jej błyszczące oczy były pełne niepokoju, a nieudolnie zamaskowane cienie pod nimi sugerowały nieprzespane noce. - To chyba zasługa Matki, że żyjesz.
Powiedziała drżącym głosem, siadając naprzeciwko. Była blada, trochę jakby zobaczyła ducha.
Była przecież częścią rodu, częścią Kniei. Knieja była nią, ona była Knieją. Stanie się nią w całości, gdy umrze. Każdy o tym wiedział, ale z jakiegoś powodu ojciec odmówił, gdy zaoferowała swoją pomoc. Sam współpracował z Biurem Aurorów i Departamentem Tajemnic. On i lwia część rodziny, podczas gdy ona... Siedziała na dupie. Tak to odbierała. Była więc zła, że znowu jej nie doceniono. Dyskryminacja - tak to odbierała. Jawna i bezczelna, ale wiedziała doskonale, że nie może się ojcu sprzeciwić.
Zwłaszcza że drzewa milczały.
Musiała o tym porozmawiać z Samuelem, który przecież również należał do tej części lasu, chociaż nie w ten sposób, co ona. Ale podobny. Myślała o nim niejednokrotnie, ale bała się - po czasie zrozumiała, że nie chciał jej skrzywdzić, tylko pokazać, co potrafi. Ale nie potrafiła go odnaleźć. Upewniła się samodzielnie, że przebywał na terenie Kniei legalnie. A gdy nawiedziły ją Widma... Cóż. Szukali go, ale nie mogli znaleźć. Była pewna, że umarł. Nawet uroniła jedną łzę, bo przecież nikt nie zasługiwał na taki los - na ten koszmar, który sprawił, że Widmo wyssało z młodego dziecka życie. Dlatego list od mężczyzny był niespodzianką. Nie spodziewała się go, zwłaszcza że nie ulokowała Sama wśród osób, które potrafią pisać. Teraz się wstydziła tych myśli, ale wtedy naprawdę uważała, że był po prostu Chłopcem z Lasu, który nie potrafiłby się odnaleźć w społeczeństwie. Cóż: myliła się.
- Sam! - nie wyrosła jak spod ziemi. Weszła do knajpy normalnie, ubrana w wygodną, długą spódnicę w kolorze ciemnej zieleni i białą bluzkę z haftem w tym samym kolorze. włosy miała rozpuszczone, na ramieniu wisiała nieduża torebka. Jej głos przepełniała ulga. Podeszła do niego - mógł dostrzec, że trochę się postarzała. Nie, nie postarzała... Wydoroślała. Jej błyszczące oczy były pełne niepokoju, a nieudolnie zamaskowane cienie pod nimi sugerowały nieprzespane noce. - To chyba zasługa Matki, że żyjesz.
Powiedziała drżącym głosem, siadając naprzeciwko. Była blada, trochę jakby zobaczyła ducha.