01.05.2024, 20:57 ✶
Londyn był nowym miejscem, niby znanym, lecz wciąż obcym. Charles nie potrafił zliczyć, ile razy wcześniej odwiedzał to miasto, lecz ono zawsze miało coś, co mogło go zadziwić. Czy to ilość mugolskich turystów, czy zimna obojętność mugolskich mieszkańców, aż po samą liczbę czarodziejów. Tych łatwo było rozpoznać na ulicach, lecz Charlie nie zamierzał na razie bratać się z żadnym. Był w Londynie ledwie parę dni i wciąż musiał się dostosować.
Spacer brzegiem Tamizy przeciągnął się. Przeszedł przez Tower Bridge, ciesząc się widokiem podświetlonej konstrukcji, po czym skierował się nabrzeżem dalej, w stronę dzielnicy, którą zajmował dom jego rodziny. Łatwo było tam trafić, ale żeby dotrzeć do celu, musiał po raz kolejny przedostać się przez rzekę. Szczęśliwie most był stabilny.
Na kolejnym moście wiało. I nie była to przyjemna bryza od morza, do której nawykł w Oslo, a przeszywający, wilgotny wiatr, niosący za sobą ból w kościach i obietnicę kataru. Charlie podniósł kołnierz i przyspieszył kroku, by jak najszybciej na powrót znaleźć się między budynkami...
Nie miał pojęcia, jak mógł jej nie zauważyć. Czy to odbite w wodzie światło przyciągnęło jego uwagę, czy też sama potrzeba znalezienia się w cieple sprawiła, że nie patrzył przed siebie, nie miało znaczenia. Uderzył w przeszkodę i ta została odepchnięta. Zbyt późno okazało się, że to kobieta.
- Nie! - Zawołał, chcąc powstrzymać ją przed upadkiem. I chociaż wyciągnął rękę, ona była szybsza. Złapała go za ubranie i nim zdołał zaprzeć się w miejscu, jego zbyt smukłe ciało poddało się grawitacji i razem polecieli w stronę wody.
Woda, głębiny, czarna otchłań, która miała ich pochłonąć..! W momencie, w którym zrozumiał, że za moment zderzy się z taflą rzeki, jego ciało przeszedł dreszcz przerażenia, który szybko zmienił się w obezwładniającą panikę. Te ułamki sekund wystarczyły, by Charles zrozumiał, że tym razem nie pomoże ojcu. Tym razem... następnego razu nie będzie.
Uderzył plecami w wodę, gdy podczas upadku podświadomie obrócił się, by kobieta mogła upaść na niego. Ale jakie to miało znaczenie?! Teraz, gdy siła uderzenia wyrwała mu dech z piersi, a czarna woda zalała jego twarz. I tylko jedno nie miało sensu - dlaczego dno było tak blisko tafli?
Charlie nie wiedział jeszcze, że szczęśliwie upadli tuż przy brzegu Tamizy, której wody opadły po panującej od paru dni ładnej pogodzie. Opadająca tafla odkryła miękki, choć nieładnie pachnący muł, przykryty ledwie centymetrami wody, głębokimi ledwie na tyle, by przykryć Charlesową twarz.
Spacer brzegiem Tamizy przeciągnął się. Przeszedł przez Tower Bridge, ciesząc się widokiem podświetlonej konstrukcji, po czym skierował się nabrzeżem dalej, w stronę dzielnicy, którą zajmował dom jego rodziny. Łatwo było tam trafić, ale żeby dotrzeć do celu, musiał po raz kolejny przedostać się przez rzekę. Szczęśliwie most był stabilny.
Na kolejnym moście wiało. I nie była to przyjemna bryza od morza, do której nawykł w Oslo, a przeszywający, wilgotny wiatr, niosący za sobą ból w kościach i obietnicę kataru. Charlie podniósł kołnierz i przyspieszył kroku, by jak najszybciej na powrót znaleźć się między budynkami...
Nie miał pojęcia, jak mógł jej nie zauważyć. Czy to odbite w wodzie światło przyciągnęło jego uwagę, czy też sama potrzeba znalezienia się w cieple sprawiła, że nie patrzył przed siebie, nie miało znaczenia. Uderzył w przeszkodę i ta została odepchnięta. Zbyt późno okazało się, że to kobieta.
- Nie! - Zawołał, chcąc powstrzymać ją przed upadkiem. I chociaż wyciągnął rękę, ona była szybsza. Złapała go za ubranie i nim zdołał zaprzeć się w miejscu, jego zbyt smukłe ciało poddało się grawitacji i razem polecieli w stronę wody.
Woda, głębiny, czarna otchłań, która miała ich pochłonąć..! W momencie, w którym zrozumiał, że za moment zderzy się z taflą rzeki, jego ciało przeszedł dreszcz przerażenia, który szybko zmienił się w obezwładniającą panikę. Te ułamki sekund wystarczyły, by Charles zrozumiał, że tym razem nie pomoże ojcu. Tym razem... następnego razu nie będzie.
Uderzył plecami w wodę, gdy podczas upadku podświadomie obrócił się, by kobieta mogła upaść na niego. Ale jakie to miało znaczenie?! Teraz, gdy siła uderzenia wyrwała mu dech z piersi, a czarna woda zalała jego twarz. I tylko jedno nie miało sensu - dlaczego dno było tak blisko tafli?
Charlie nie wiedział jeszcze, że szczęśliwie upadli tuż przy brzegu Tamizy, której wody opadły po panującej od paru dni ładnej pogodzie. Opadająca tafla odkryła miękki, choć nieładnie pachnący muł, przykryty ledwie centymetrami wody, głębokimi ledwie na tyle, by przykryć Charlesową twarz.