01.05.2024, 22:01 ✶
Jeśli on był chłopakiem z sąsiedztwa, ona była tym jebanym punkiem, który znów zasprejował witryny warzywniaka, pieprznął kamieniem w szybę drogiej limuzyny, a potem napierdolił się z koleżkami i narzekał na to jak nienawidzi systemu. Los zadrwił z panny Moody i umieścił ją po drugiej stronie barykady, kazał ubrać się w szarą pelerynkę i szerzyć Prawo i Sprawiedliwość na ulicach magicznego Londynu, a czasem też poza jego granicami. Los próbował wbić ją w ramy, ale buntownik adaptował się, szukał enklaw wyjebanych jajców na nakazy i nadużycia, pozwalające wybrzmieć kotłującej się w sercu agresji i niezadowoleniu. Wiecznemu kontestowaniu. Gdy jednak było za dużo i za ciasno, gdy drobne ciało nie mogło pomieścić już tego całego gniewu, trzeba było przyznać, że bimber pomagał. I niezobowiązujący seks, niekoniecznie z członkami rodziny, obojętnie czy po mieczu czy po kądzieli.
Teraz jednak słodki, pierdzący tęczą Cain wypuścił swoje wabiki na nią. Może i opakowanie, te wszystkie śliczne fatałaszki, błyszczące sreberka i zakręcone wstążeczki Millie miała w głębokim poważaniu, ale uwielbiała jak przez jego wąskie usta wyciekały takie brzydkie pytania, które wskazywały jasno na to, że nie traktuje tych ust jako bram niebios. Że też od czasu do czasu, w przeciwieństwie chociażby od takiego czystokrwistego pizdusia Bulstrode'a, się ubrudzić. Zwabił ją jak płomień ćmę. To było tak proste jak zaszeleszczenie przy głodnym dzieciaku torebką pełną cukierków.
Z głośnym skrzypnięciem przesunęła krzesło bliżej kuzyna, zamaszczyście odwracając je tak, żeby oparcie było przodem do niego. Zaraz potem usiadła na tym krześle okrakiem pochylając się konspiracyjnie ku niemu, o 180 stopni zmieniając wolumen wypowiedzi z rozemocjonowanego wrzasku do równie rozemocjonowanego szeptu.
– Gdybym mogła, zakradłabym się do niego nocą i przeskoczyła na szczyt Big Bena, dwa cale od krawędzi. Szepnęłabym wprost do jego obleśnego uszka, że jeszcze jeden taki paszkwil, a będę bardziej rozkojarzona przy wyznaczaniu koordynatów tego skoku. A potem bym go tam zostawiła. W piżamce bez różdżki. – uśmiechnęła się jak uczniak zachwycony swoim wypracowaniem o ulubionym zwierzątku, w którym znalazła się plejada martwych ptaków z poucinanymi lewymi nóżkami. Żartowała. Z pewnością był to żart.
Przecież chwilę po tym podciągnęła nosem i podrapała się po głowie uciekając wzrokiem nad jego lewe ucho.
– Znalazłabym brudy na niego i zaczęła go szantażować! Nie, znalazłabym brudy i uczyniła z niego temat na pierwsze strony proroka! Albo... dałabym mu inny, równie obrzydliwy temat, żeby w końcu zszedł z tego Leacha. Temat zastępczy. Mmm... Kurwa najchętniej sprałabym mu ryj no nie poradzę, wkurwia mnie chuj strasznie. – poddała się, iskrzyło w tej głowie, ale energia elektrostatyczna była tego dnia w niej silna. Aż dziw, że śmierdziała fajkami a nie ozonem, jak przystało na piorun kulisty.
Teraz jednak słodki, pierdzący tęczą Cain wypuścił swoje wabiki na nią. Może i opakowanie, te wszystkie śliczne fatałaszki, błyszczące sreberka i zakręcone wstążeczki Millie miała w głębokim poważaniu, ale uwielbiała jak przez jego wąskie usta wyciekały takie brzydkie pytania, które wskazywały jasno na to, że nie traktuje tych ust jako bram niebios. Że też od czasu do czasu, w przeciwieństwie chociażby od takiego czystokrwistego pizdusia Bulstrode'a, się ubrudzić. Zwabił ją jak płomień ćmę. To było tak proste jak zaszeleszczenie przy głodnym dzieciaku torebką pełną cukierków.
Z głośnym skrzypnięciem przesunęła krzesło bliżej kuzyna, zamaszczyście odwracając je tak, żeby oparcie było przodem do niego. Zaraz potem usiadła na tym krześle okrakiem pochylając się konspiracyjnie ku niemu, o 180 stopni zmieniając wolumen wypowiedzi z rozemocjonowanego wrzasku do równie rozemocjonowanego szeptu.
– Gdybym mogła, zakradłabym się do niego nocą i przeskoczyła na szczyt Big Bena, dwa cale od krawędzi. Szepnęłabym wprost do jego obleśnego uszka, że jeszcze jeden taki paszkwil, a będę bardziej rozkojarzona przy wyznaczaniu koordynatów tego skoku. A potem bym go tam zostawiła. W piżamce bez różdżki. – uśmiechnęła się jak uczniak zachwycony swoim wypracowaniem o ulubionym zwierzątku, w którym znalazła się plejada martwych ptaków z poucinanymi lewymi nóżkami. Żartowała. Z pewnością był to żart.
Przecież chwilę po tym podciągnęła nosem i podrapała się po głowie uciekając wzrokiem nad jego lewe ucho.
– Znalazłabym brudy na niego i zaczęła go szantażować! Nie, znalazłabym brudy i uczyniła z niego temat na pierwsze strony proroka! Albo... dałabym mu inny, równie obrzydliwy temat, żeby w końcu zszedł z tego Leacha. Temat zastępczy. Mmm... Kurwa najchętniej sprałabym mu ryj no nie poradzę, wkurwia mnie chuj strasznie. – poddała się, iskrzyło w tej głowie, ale energia elektrostatyczna była tego dnia w niej silna. Aż dziw, że śmierdziała fajkami a nie ozonem, jak przystało na piorun kulisty.