02.05.2024, 17:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:24 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine myślała, że coś zwodzi jej zmysły, kiedy znajomy głos, który dobiegł ją wcześniej ze sceny - powodując, że serce delikatnie zadrgało w piersi wiły - okazał się należeć do swego rzeczywistego właściciela, choć początkowo była gotowa zrzucić podobieństwo na karb zaburzonej akustyki baru i dziewczęcych deluzji; i chociaż przysunęła się krzesłem w stronę Bulstrode'a, i mimowolnie uśmiechnęła się, patrząc na jego przystojną twarz, odwróciwszy się tak, by to na niej mógł skupił całą uwagę, Lorraine nie robiła tego wyłącznie dlatego, że obecność Atreusa była czymś naturalnym i przyjemnym, a jego atencja - zawsze schlebiała jej próżności.
Po prostu Malfoy uświadomiła sobie nagle, że rozmowa przy stoliku może bardzo szybko zawędrować w niebezpieczne rejony.
Póki Murtagh był zajęty piciem, a Atreus - jej osobą, była w stanie opanować potencjalną konfrontację. Być może jej zachowanie było trochę wykalkulowane, ale taka już była Lorraine: siedząca teraz w towarzystwie sutenera-śmierciożercy, którego nazywała przyjacielem - po tym jak za pomocą legilimencji przejrzał większość wspomnień półwili, niebezpiecznie ocierając się o te dotyczące jej byłej miłości - i z rzeczoną byłą miłością, aurorem, i bohaterem rozgrywającego się wokół nich widowiska randkowego, który był z kolei całkiem nieźle zorientowany w burdelowym biznesie, w jaki to umoczony był wcześniej wspomniany sutener... Bo musiał wiedzieć, od kogo odciągać uwagę reszty biura aurorów.
Jak do tego doszło? nie wiem, pomyślała Lorraine, bawiąc się nerwowo swoim naszyjnikiem. Tylko ona mogła wplątać się w coś takiego. Trzeba było przysiąść się do Rosie, którą dostrzegła gdzieś w kącie wkrótce po wejściu do lokalu.
Uśmiechnęła się pięknie do Atreusa, kiedy ten nawiązał rozmowę, nie chcąc dać po sobie poznać, że jest trochę niepewna. Od razu poczuła się lepiej.
Oczywiście, że nie mógł się jej tutaj spodziewać. Lorraine nie była desperatką, która potrzebowała randek w ciemno, by odegnać ciążącą jej samotność. Simpowała tylko nokturnową nepo baby, która miała wszystko i mogła być wszystkim, ale najbardziej lubiła kraść serca wil i cudze tożsamości, starego dziada z obsesją na punkcie wampiryzmu, stojącego na czele komuny rozpusty jako jej seks guru, i byłego chłopaka, w każdej chwili mogącego ją wysłać do Azkabanu w kajdankach. Zaraz, co?
- Ależ Atreusie, mamy przecież tyle wspólnych zainteresowań. Bycie w centrum uwagi, podrywanie pięknych kobiet... - Dłoń Lorraine wymownie spoczywała na doniczce roślinki kupionej dla Maeve. - Wiesz, że i mnie taka dobra zabawa nie mogła ominąć. - Wdzięcznie przyjęła toast.
Kusiło ją, by z trującą słodyczą w głosie pożartować, że nisko upadł od kiedy byli razem, skoro teraz musiał szukać miłości podczas randek w ciemno. Miała ochotę powiedzieć mu, że chyba go popierdoliło, pić wywar prawdy z nieznanego źródła, że chyba niczego nie pamiętał z ich wspólnej nauki eliksirów, zganić Atreusa za tę bezmyślność z typową dla siebie, paranoiczną zapobiegliwością. Wreszcie, miała ochotę przekornie spytać, czy to, jak wiła się w jego objęciach również wspomina z sympatią - czy może użyłby innych słów, by opisać te uczucie - ale przecież nie byli sami...
- Zapewne znacie się z Ministerstwa, ale... Och... - Macmillan, który od dobrych kilkunastu minut pił szklanka za szklanką, nagle zerwał się z krzesła, i bez słowa opuścił ją i Atreusa, dziwnie zielony na twarzy, szybkim krokiem kierując się w stronę toalet. Lorraine zmarszczyła gniewnie brwi, a jej usta zadrgały dziwnie, jakby powstrzymywała się przed wykrzywieniem twarzy w grymas obrzydzenia. Najebał się - nie pierwszy raz, nie ostatni - i teraz pobiegł się wyrzygać.
Diana? Loretta? Dobre sobie. Jedynym trwałym romansem Murtagha był ten, który uskuteczniał z butelką, ale nawet tę porzucił, by iść podrywać muszlę klozetową. Instynktownie objęła się ramionami, zbyt wewnętrznie wzburzona zachowaniem przyjaciela, by powstrzymać nieuświadomiony dziecinny odruch. Myślałby kto, że prowadząc "agencję towarzyską", nie będzie popełniał towarzyskich faux pas, pomyślała gniewnie Lorraine. Nie cierpiała tego w Murtaghu. Akceptowała jego przywary, pomagała mu przepracować te trudne emocje, które zapędziły go na skraj depresji, wyciągała go z dołka, nawet czasem teleportowała się do niego w środku nocy, żeby sprawdzić, czy nie leży na plecach - bo skoro znowu zaglądał do kieliszka, to jeszcze gotów udławić się własnymi wymiocinami - i przekładała go wtedy na bok, złorzecząc. Czy naprawdę wymagała tak wiele od ich przyjaźni? Czuła się wtedy jak własna matka, kiedy widziała, jak ojciec wraca do domu pijany. Lorraine nie uważała, żeby zamęczała Murtagha własnymi problemami w takim stopniu. Czy naprawdę nie mógł spędzić z nią jednego miłego wieczoru?
Obrzuciła Atreusa spojrzeniem na pół hardym, na pół przepraszającym. Mogła usprawiedliwiać Macmillana. Mogła powiedzieć, że ma ważne spotkanie (w nowootwartym kanale z innymi szczurami), że zapewne dostał nagłe wezwanie z pracy (jakiś klient zaklinował się w piździe jednej z jego kurew, a może talon na kurwę i balon nie chciał się automatycznie zeskanować w drzwiach, i ktoś musiał sprawdzić go manualnie), że zostawił włączony piekarnik (palił w nim na węgiel dowody mordów na mugolach, czy cokolwiek tam robił w wolnym czasie jako śmierciożerca), ale Lorraine nie była swoją, kurwa, matką, usprawiedliwiającą pijaństwo ojca, chociaż Pani Księżyca od czasu Lithy wydawała się nieustannie zsyłać jej dziwne znaki, jakoby było inaczej. Może wyrzyga przy okazji kolejny słaby sonet, tym razem o piździe Loretty, a może o jakiejś rozczłonkowanej mugolce, na zdrowie, pomyślała gniewnie Malfoy.
- Wybacz mu, proszę, ten rażący brak ogłady. Człowiek z Nokturnu wyjdzie, ale Nokturn z człowieka nigdy - rzuciła ostro, upijając troszkę swojego drinka, aby zmyć nieprzyjemny posmak zażenowania zalegający w buzi. Odwróciła na chwilę twarz w stronę sceny - nie chcąc, by Bulstrode widział teraz jej minę - widząc, że rozpoczyna się druga część widowiska randkowego. Dla pewności, zdecydowała się zagrać swoją ulubioną kartą. Spróbowała przekierować całą uwagę na jego osobę.
- Kochanie... Co się z tobą dzieje? - Wyciągnęła rekę w stronę Atreusa, tak, by ich dłonie mogły się spotkać na blacie stolika, jej niespokojne palce opierające się jego pewną dłoń, która przed chwilą dzierżyła szklankę z alkoholem. Ścisnęła lekko rękę mężczyzny. - Czy to jakiś żart? Czy odpowiadasz teraz charytatywnie na sowy samotnych mamusiek w okolicy z dobroci serca?
Po prostu Malfoy uświadomiła sobie nagle, że rozmowa przy stoliku może bardzo szybko zawędrować w niebezpieczne rejony.
Póki Murtagh był zajęty piciem, a Atreus - jej osobą, była w stanie opanować potencjalną konfrontację. Być może jej zachowanie było trochę wykalkulowane, ale taka już była Lorraine: siedząca teraz w towarzystwie sutenera-śmierciożercy, którego nazywała przyjacielem - po tym jak za pomocą legilimencji przejrzał większość wspomnień półwili, niebezpiecznie ocierając się o te dotyczące jej byłej miłości - i z rzeczoną byłą miłością, aurorem, i bohaterem rozgrywającego się wokół nich widowiska randkowego, który był z kolei całkiem nieźle zorientowany w burdelowym biznesie, w jaki to umoczony był wcześniej wspomniany sutener... Bo musiał wiedzieć, od kogo odciągać uwagę reszty biura aurorów.
Jak do tego doszło? nie wiem, pomyślała Lorraine, bawiąc się nerwowo swoim naszyjnikiem. Tylko ona mogła wplątać się w coś takiego. Trzeba było przysiąść się do Rosie, którą dostrzegła gdzieś w kącie wkrótce po wejściu do lokalu.
Uśmiechnęła się pięknie do Atreusa, kiedy ten nawiązał rozmowę, nie chcąc dać po sobie poznać, że jest trochę niepewna. Od razu poczuła się lepiej.
Oczywiście, że nie mógł się jej tutaj spodziewać. Lorraine nie była desperatką, która potrzebowała randek w ciemno, by odegnać ciążącą jej samotność. Simpowała tylko nokturnową nepo baby, która miała wszystko i mogła być wszystkim, ale najbardziej lubiła kraść serca wil i cudze tożsamości, starego dziada z obsesją na punkcie wampiryzmu, stojącego na czele komuny rozpusty jako jej seks guru, i byłego chłopaka, w każdej chwili mogącego ją wysłać do Azkabanu w kajdankach. Zaraz, co?
- Ależ Atreusie, mamy przecież tyle wspólnych zainteresowań. Bycie w centrum uwagi, podrywanie pięknych kobiet... - Dłoń Lorraine wymownie spoczywała na doniczce roślinki kupionej dla Maeve. - Wiesz, że i mnie taka dobra zabawa nie mogła ominąć. - Wdzięcznie przyjęła toast.
Kusiło ją, by z trującą słodyczą w głosie pożartować, że nisko upadł od kiedy byli razem, skoro teraz musiał szukać miłości podczas randek w ciemno. Miała ochotę powiedzieć mu, że chyba go popierdoliło, pić wywar prawdy z nieznanego źródła, że chyba niczego nie pamiętał z ich wspólnej nauki eliksirów, zganić Atreusa za tę bezmyślność z typową dla siebie, paranoiczną zapobiegliwością. Wreszcie, miała ochotę przekornie spytać, czy to, jak wiła się w jego objęciach również wspomina z sympatią - czy może użyłby innych słów, by opisać te uczucie - ale przecież nie byli sami...
- Zapewne znacie się z Ministerstwa, ale... Och... - Macmillan, który od dobrych kilkunastu minut pił szklanka za szklanką, nagle zerwał się z krzesła, i bez słowa opuścił ją i Atreusa, dziwnie zielony na twarzy, szybkim krokiem kierując się w stronę toalet. Lorraine zmarszczyła gniewnie brwi, a jej usta zadrgały dziwnie, jakby powstrzymywała się przed wykrzywieniem twarzy w grymas obrzydzenia. Najebał się - nie pierwszy raz, nie ostatni - i teraz pobiegł się wyrzygać.
Diana? Loretta? Dobre sobie. Jedynym trwałym romansem Murtagha był ten, który uskuteczniał z butelką, ale nawet tę porzucił, by iść podrywać muszlę klozetową. Instynktownie objęła się ramionami, zbyt wewnętrznie wzburzona zachowaniem przyjaciela, by powstrzymać nieuświadomiony dziecinny odruch. Myślałby kto, że prowadząc "agencję towarzyską", nie będzie popełniał towarzyskich faux pas, pomyślała gniewnie Lorraine. Nie cierpiała tego w Murtaghu. Akceptowała jego przywary, pomagała mu przepracować te trudne emocje, które zapędziły go na skraj depresji, wyciągała go z dołka, nawet czasem teleportowała się do niego w środku nocy, żeby sprawdzić, czy nie leży na plecach - bo skoro znowu zaglądał do kieliszka, to jeszcze gotów udławić się własnymi wymiocinami - i przekładała go wtedy na bok, złorzecząc. Czy naprawdę wymagała tak wiele od ich przyjaźni? Czuła się wtedy jak własna matka, kiedy widziała, jak ojciec wraca do domu pijany. Lorraine nie uważała, żeby zamęczała Murtagha własnymi problemami w takim stopniu. Czy naprawdę nie mógł spędzić z nią jednego miłego wieczoru?
Obrzuciła Atreusa spojrzeniem na pół hardym, na pół przepraszającym. Mogła usprawiedliwiać Macmillana. Mogła powiedzieć, że ma ważne spotkanie (w nowootwartym kanale z innymi szczurami), że zapewne dostał nagłe wezwanie z pracy (jakiś klient zaklinował się w piździe jednej z jego kurew, a może talon na kurwę i balon nie chciał się automatycznie zeskanować w drzwiach, i ktoś musiał sprawdzić go manualnie), że zostawił włączony piekarnik (palił w nim na węgiel dowody mordów na mugolach, czy cokolwiek tam robił w wolnym czasie jako śmierciożerca), ale Lorraine nie była swoją, kurwa, matką, usprawiedliwiającą pijaństwo ojca, chociaż Pani Księżyca od czasu Lithy wydawała się nieustannie zsyłać jej dziwne znaki, jakoby było inaczej. Może wyrzyga przy okazji kolejny słaby sonet, tym razem o piździe Loretty, a może o jakiejś rozczłonkowanej mugolce, na zdrowie, pomyślała gniewnie Malfoy.
- Wybacz mu, proszę, ten rażący brak ogłady. Człowiek z Nokturnu wyjdzie, ale Nokturn z człowieka nigdy - rzuciła ostro, upijając troszkę swojego drinka, aby zmyć nieprzyjemny posmak zażenowania zalegający w buzi. Odwróciła na chwilę twarz w stronę sceny - nie chcąc, by Bulstrode widział teraz jej minę - widząc, że rozpoczyna się druga część widowiska randkowego. Dla pewności, zdecydowała się zagrać swoją ulubioną kartą. Spróbowała przekierować całą uwagę na jego osobę.
- Kochanie... Co się z tobą dzieje? - Wyciągnęła rekę w stronę Atreusa, tak, by ich dłonie mogły się spotkać na blacie stolika, jej niespokojne palce opierające się jego pewną dłoń, która przed chwilą dzierżyła szklankę z alkoholem. Ścisnęła lekko rękę mężczyzny. - Czy to jakiś żart? Czy odpowiadasz teraz charytatywnie na sowy samotnych mamusiek w okolicy z dobroci serca?