03.05.2024, 21:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.05.2024, 21:43 przez Erik Longbottom.)
Tęskniłem za tobą, powtórzył w myślach Erik, poruszając przy tym bezgłośnie ustami, aby poznać smak tych słów na własnym języku. Powinien bać się tych słów, które mogły smagnąć go niczym bicz, jednak... Tym razem były jak włącznik, który pozwolił mu zatopić się we własnych wspomnieniach. Chciał wypowiedzieć te słowa na głos już podczas ich poprzedniego spotkania, jednak wówczas pogrzebał w sobie te chęci. Nie chciał problemów. Nie chciał wracać do przeszłości, a teraz to właśnie jego własna przeszłość go skrzywdziła. Jednak jego obecny wybawca również wyłonił się z meandrów przeszłości.
Dłoń Erika prześlizgnęła się po plecach starszego czarodzieja ku górze, muskając po drodze jego szyję, aby w końcu spocząć pośród jego włosów. Nie szarpał ani nie ciągnął; zamiast tego podtrzymywał delikatnie tył głowy Shafiqa, gładząc delikatnie jego skalp i obracając między palcami końcówki brązowych włosów. Gest, który zapewniał im obu bliskość, balansował na niebezpiecznej granicy między troską a czymś więcej. Och, jakże łatwo byłoby wpaść do tryby dawnego schematu. Wymowne spojrzenie, ruch warg, zawoalowana propozycja: mógł zrobić każdą z tych rzeczy, a jednak się powstrzymał. Z troski o ich obu. Z obawy o to, że pośpiech mógłby doprowadzić ich do ruiny.
— Byłbyś w stanie rzucić pracę w Ministerstwie Magii, żeby się mną zaopiekować? Urocze — odparł cicho, uśmiechając się przewrotnie. — Chociaż z twoimi zapędami co do wyjazdów zagranicznych, obawiam się, że szybko zaczęłoby ci brakować środków. Obawiam się, że nie stać mnie, żeby zatrudnić cię po stawkach, jakie oferuje ci departament.
Gdy przeszli do stolika, czuł się nieco spokojniej, jakby ktoś zdjął z jego pleców spory ciężar. Czy była to tylko chwila wolności od tego, co sobie ściągnął na głowę? A może skrzętne podsumowanie tego, że pewien ciąg problemów dobiegł nareszcie końca i mógł sobie pozwolić na odpoczynek? Nie miał pojęcia, jednak wolał nie wybiegać za daleko w przyszłość. W tej chwili, w tej minucie było lepiej. I to też się liczyło, nawet jeśli rano zaliczy zderzenie ze smutną szarą rzeczywistością. Westchnął cicho i wziął się za swój posiłek, słuchając z coraz większym zaangażowaniem historii Shafiqa.
— Nasi wytwórcy mają pełne ręce roboty — skomentował na wzmiankę o planach ekonomicznych Anthony'ego, co do nowego rynku. — Po... maju wzrósł popyt na zapasy składników do eliksirów. Podobno pojawiło się też paru większych klientów na zasoby pozyskane z dzikich bestii. — Nie zdziwiłoby go, gdyby okazało się, że Yaxleyowie musieli zaangażować w swoją działalność paru dalszych kuzynów, aby wyrobić z listą zamówień na najbliższe tygodnie czy miesiące. Wprawdzie lokalnie szło pewnie znaleźć sporo zamienników, jednak niektórzy celowali w egzotyczne oryginały, a to wymagało jednak dłuższej wyprawy poza granice państwa. — Może rodzimy rynek nieco się ustabilizuje. Przynajmniej do czasu, aż nie wdrożysz swoich planów w życie.
Longbottom był nieco innego zdania w kwestii tego, jak toczący się na terenach Wielkiej Brytanii konflikt wpływał na przemysł i sektor usługowy w społeczności czarodziejów. Każda strona sporu potrzebowała środków i zasobów. Ministerstwo Magii z uwagi na swą zalegalizowaną działalność mogła z łatwością pozyskać to, czego potrzebowały poszczególne departamenty, jednak Śmierciożercy czy raczkujący Zakon Feniksa? Usługi wykwalifikowanych magów i zasoby rzemieślnicze nie brały się znikąd, a Longbottom wiedział o tym, aż nazbyt dobrze. W końcu to właśnie to popchnęło go ku temu, aby zasięgnąć pomocy Geraldine Yaxley i upewnić się, że ta będzie w stanie dostarczyć mu w razie czego parę składników pochodzenia zwierzęcego, gdyby sytuacja na rynku stała się nadzwyczaj krucha.
Chociaż przywykł do tego, że Anthony potrafił z nadzwyczajną pasją opowiadać o ustaleniach handlowych i planowanych blokadach czy przerzutach pewnych towarów z jednego kraju do drugiego, tak teraz osoba księżniczki, jak i samej Kambodży wydawała się w nim wygrywać. Czyżby znalazł sobie nową pasję?, zachodził w głowę Erik, mając w pamięci wymienione przez nich listy. Nauka magii bezróżdżkowej zdecydowanie zaczynała się wybijać coraz wyżej i wyżej na liście priorytetów starszego czarodzieja. Uśmiechnął się pod nosem, zajadając się dalej kolacją i kiwając co jakiś czas głową w ramach potwierdzenia, że dalej słucha.
— Miło wspominam Francję — stwierdził z wahaniem, obawiając się tego, jaką reakcję mogą wywołać jego słowa. — Czasami, gdy patrzę z balkonu na sady w Dolinie, przypomina mi się, jak mnie oprowadzałeś po wzgórzach przy winiarniach. Myślałem, że rozciągają się po horyzont. — Twarz Erika rozjaśniła się na samo wspomnienie, chociaż on sam wydawał się skupiony na tym, aby nie zerkać niepotrzebnie w stronę Anthony'ego. — Ekhm... Na pewno kwitły ładniej niż jabłonie w tym roku.
Ściągnął brwi, gdy Anthony rozgadał się na temat księżniczki, arcymaga i wizyty jego latorośli na Wyspach Brytyjskich. Faktycznie: wszystko układało się zaskakująco fortunnie. Dobrze, że chociaż on ma szczęście, pomyślał, zazdroszcząc poniekąd starszemu czarodziejowi, że udało mu się załatwić taki układ. Z drugiej zaś strony cieszył się, że pomimo tego, jak blisko Ministerstwa Magii wybuchł ostatni pożar związany z działalnością Śmierciożerców, to Anthony zdawał się skupiony na czymś innym. Całkiem niezły wyznacznik tego, że kraj nie chylił się jeszcze ku kompletnemu upadkowi.
— A Kambodża przypadkiem nie leży w Afryce? — Przekrzywił głowę w stronę Shafiqa, jakby właśnie znalazł dziurę w jego znajomości geografii współczesnego świata. — To chyba nie po drodze do Azji.
Drgnął niespodziewanie, gdy usłyszał odgłos odkorkowywanego wina.
— Wystarczy mi łyczek od ciebie — poinformował, poprawiając się na swoim siedzeniu. — Mówimy o kupnie nowej winnicy czy nowej butelki wina?
Dłoń Erika prześlizgnęła się po plecach starszego czarodzieja ku górze, muskając po drodze jego szyję, aby w końcu spocząć pośród jego włosów. Nie szarpał ani nie ciągnął; zamiast tego podtrzymywał delikatnie tył głowy Shafiqa, gładząc delikatnie jego skalp i obracając między palcami końcówki brązowych włosów. Gest, który zapewniał im obu bliskość, balansował na niebezpiecznej granicy między troską a czymś więcej. Och, jakże łatwo byłoby wpaść do tryby dawnego schematu. Wymowne spojrzenie, ruch warg, zawoalowana propozycja: mógł zrobić każdą z tych rzeczy, a jednak się powstrzymał. Z troski o ich obu. Z obawy o to, że pośpiech mógłby doprowadzić ich do ruiny.
— Byłbyś w stanie rzucić pracę w Ministerstwie Magii, żeby się mną zaopiekować? Urocze — odparł cicho, uśmiechając się przewrotnie. — Chociaż z twoimi zapędami co do wyjazdów zagranicznych, obawiam się, że szybko zaczęłoby ci brakować środków. Obawiam się, że nie stać mnie, żeby zatrudnić cię po stawkach, jakie oferuje ci departament.
Gdy przeszli do stolika, czuł się nieco spokojniej, jakby ktoś zdjął z jego pleców spory ciężar. Czy była to tylko chwila wolności od tego, co sobie ściągnął na głowę? A może skrzętne podsumowanie tego, że pewien ciąg problemów dobiegł nareszcie końca i mógł sobie pozwolić na odpoczynek? Nie miał pojęcia, jednak wolał nie wybiegać za daleko w przyszłość. W tej chwili, w tej minucie było lepiej. I to też się liczyło, nawet jeśli rano zaliczy zderzenie ze smutną szarą rzeczywistością. Westchnął cicho i wziął się za swój posiłek, słuchając z coraz większym zaangażowaniem historii Shafiqa.
— Nasi wytwórcy mają pełne ręce roboty — skomentował na wzmiankę o planach ekonomicznych Anthony'ego, co do nowego rynku. — Po... maju wzrósł popyt na zapasy składników do eliksirów. Podobno pojawiło się też paru większych klientów na zasoby pozyskane z dzikich bestii. — Nie zdziwiłoby go, gdyby okazało się, że Yaxleyowie musieli zaangażować w swoją działalność paru dalszych kuzynów, aby wyrobić z listą zamówień na najbliższe tygodnie czy miesiące. Wprawdzie lokalnie szło pewnie znaleźć sporo zamienników, jednak niektórzy celowali w egzotyczne oryginały, a to wymagało jednak dłuższej wyprawy poza granice państwa. — Może rodzimy rynek nieco się ustabilizuje. Przynajmniej do czasu, aż nie wdrożysz swoich planów w życie.
Longbottom był nieco innego zdania w kwestii tego, jak toczący się na terenach Wielkiej Brytanii konflikt wpływał na przemysł i sektor usługowy w społeczności czarodziejów. Każda strona sporu potrzebowała środków i zasobów. Ministerstwo Magii z uwagi na swą zalegalizowaną działalność mogła z łatwością pozyskać to, czego potrzebowały poszczególne departamenty, jednak Śmierciożercy czy raczkujący Zakon Feniksa? Usługi wykwalifikowanych magów i zasoby rzemieślnicze nie brały się znikąd, a Longbottom wiedział o tym, aż nazbyt dobrze. W końcu to właśnie to popchnęło go ku temu, aby zasięgnąć pomocy Geraldine Yaxley i upewnić się, że ta będzie w stanie dostarczyć mu w razie czego parę składników pochodzenia zwierzęcego, gdyby sytuacja na rynku stała się nadzwyczaj krucha.
Chociaż przywykł do tego, że Anthony potrafił z nadzwyczajną pasją opowiadać o ustaleniach handlowych i planowanych blokadach czy przerzutach pewnych towarów z jednego kraju do drugiego, tak teraz osoba księżniczki, jak i samej Kambodży wydawała się w nim wygrywać. Czyżby znalazł sobie nową pasję?, zachodził w głowę Erik, mając w pamięci wymienione przez nich listy. Nauka magii bezróżdżkowej zdecydowanie zaczynała się wybijać coraz wyżej i wyżej na liście priorytetów starszego czarodzieja. Uśmiechnął się pod nosem, zajadając się dalej kolacją i kiwając co jakiś czas głową w ramach potwierdzenia, że dalej słucha.
— Miło wspominam Francję — stwierdził z wahaniem, obawiając się tego, jaką reakcję mogą wywołać jego słowa. — Czasami, gdy patrzę z balkonu na sady w Dolinie, przypomina mi się, jak mnie oprowadzałeś po wzgórzach przy winiarniach. Myślałem, że rozciągają się po horyzont. — Twarz Erika rozjaśniła się na samo wspomnienie, chociaż on sam wydawał się skupiony na tym, aby nie zerkać niepotrzebnie w stronę Anthony'ego. — Ekhm... Na pewno kwitły ładniej niż jabłonie w tym roku.
Ściągnął brwi, gdy Anthony rozgadał się na temat księżniczki, arcymaga i wizyty jego latorośli na Wyspach Brytyjskich. Faktycznie: wszystko układało się zaskakująco fortunnie. Dobrze, że chociaż on ma szczęście, pomyślał, zazdroszcząc poniekąd starszemu czarodziejowi, że udało mu się załatwić taki układ. Z drugiej zaś strony cieszył się, że pomimo tego, jak blisko Ministerstwa Magii wybuchł ostatni pożar związany z działalnością Śmierciożerców, to Anthony zdawał się skupiony na czymś innym. Całkiem niezły wyznacznik tego, że kraj nie chylił się jeszcze ku kompletnemu upadkowi.
— A Kambodża przypadkiem nie leży w Afryce? — Przekrzywił głowę w stronę Shafiqa, jakby właśnie znalazł dziurę w jego znajomości geografii współczesnego świata. — To chyba nie po drodze do Azji.
Drgnął niespodziewanie, gdy usłyszał odgłos odkorkowywanego wina.
— Wystarczy mi łyczek od ciebie — poinformował, poprawiając się na swoim siedzeniu. — Mówimy o kupnie nowej winnicy czy nowej butelki wina?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞