04.05.2024, 01:12 ✶
- Powtarzałeś jedno słowo: "mówiłem!" - odpowiedział krótko Morpheusowi, samemu mimowolnie przybierając chłodny, profesjonalny ton naukowca pogrążonego w pracy. Tak było łatwiej - skierować rozpędzone myśli w inną stronę, skupić się na analizowaniu znanych im faktów, i, nade wszystko, nie patrzeć na nici - Mulciber szybko opanował twarz i odsunął na bok emocje: zaskoczenie, strach... I gniew.
Te pierdolone nici. Czerń i fiolet, fiolet i czerń... Więc dlaczego nagle widział tylko czerwień?
Zacisnął pięści.
"Atawistyczne instynkty" budziło w Alexie nie Windermere, tylko skrzypienie ołówka pierdolonej Mildred.
Miał ochotę wyrwać jej z rąk ten zasrany notes, zapełniony bezsensownymi gryzmołami, i użyć go jako podpałki pod ogień, który wypaliłby Windermere do zgliszczy. Gdyby i ona rzuciła się za swym skarbem w płomienie, jedno licho mniej nawiedzałoby ten przeklęty las, pomyślał ponuro. Może w ten sposób rozładowałby swoją złość. Przemocą. Ta zawsze była dla niego najlepszym lekarstwem na wszystko. Zawsze wybierał przemoc. Tak było łatwiej. Przemoc była czymś, co dobrze rozumiał. Myślał wtedy jakoś bardziej trzeźwo. Podobał mu się pomysł wybrania się na umarlaków, ale nie z Rosie u boku: choć sama McKinnon utrzymywała, że oswoiła się z rodzinnym darem, Mulciber wciąż pamiętał, jak tragiczne piętno wizje tego innego świata potrafiły odcisnąć na jej psychice. Co, gdyby zimne szpony nieumarłych naprawdę zamknęły się na jej sercu? Opiekuńczo objął ramieniem stojącą obok Ambrosię. Przy niej - dla niej? - starał się pohamować buzującą w nim agresję, choć normalnie rzuciłby się pierwszy w stronę zagrożenia, niepomny na konsekwencje.
Musiał mrugnąć jeszcze kilka razy, by pozbyć się sprzed oczu kolorowych miraży. Choć czerwień, goszcząca w tak wielu spośród łączących całe towarzystwo nici, zniknęła, wątpliwości pozostały. Przynajmniej mógł znowu swobodnie patrzeć na Morpheusa. Starał się wejść w swoją służbową personę, ale zbytnio swędziały go pięści, słońce wybitnie uderzało do głowy, a jedynym, co powstrzymywało go przed kompletnym pogrążeniem się w paranoi, był szybki uśmiech Rosie. Teraz to na niej była skupiona jego uwaga, dlatego wzruszył tylko ramionami na propozycję użycia myślodsiewni. Było mu wszystko jedno, dopóki to nie w jego wspomnieniach grzebali.
Nie powiedział przecież innym o fiolecie, który spowijał serpentyny powiązań między nim a Ambrosią.
Może to właśnie próbowała mu powiedzieć odwrócona Trójka mieczy, zanim cisnął ją gniewnie w toń jeziora tuż przed wschodem słońca: "myślisz, że czekają cię same nieszczęścia - może chcesz, żeby tak było, bo tak jest łatwiej? - zakładasz najgorsze, chociaż szczęście jest na wyciagnięcie ręki". Wcześniej, karta raziła Alexandra swym fałszywym optymizmem; szalenie irytowało go, że tarot kolejny raz każe mu poszukiwać duchowej równowagi, leczyć przeszłe traumy, odpuścić i wybaczać - sobie i innym - błędy przeszłości. Miał, kurwa, dosyć tego pierdolenia o uzdrawianiu duszy. ziękował gnanym wiatrem i wędrującym pośród wrzosowisk duchom swych przodków, że tym razem karta była przynajmniej odwrócona, a nie prosta. Prosta oznaczała złamane serce. Odwrócona, zaś, szeptała niewinnie: to nie tak, jak myślisz. Rzeczywiście, choć nici łączące go z Rosie wyglądały inaczej, może nie było w tym powodu do paniki?
Może odwrócona Trójka mieczy chciała przestrzec go, że ten ból, który przeszywał jego pierś z każdym kolejnym uderzeniem serca, ta bezsilność i pełna zgrozy rozpacz były bezcelowe. Fiolet chroni, powtarzał w duchu. Może karta chciała powiedzieć, że strach, jaki poczuł na widok zmienionych nici, był czymś naturalnym - bo przecież szalenie zależało mu na Ambrosii - ale nie powinien mu się tak łatwo poddawać; bo choć na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało źle, ta zmiana to początek czegoś lepszego.
Coś się kończy, coś się zaczyna, pomyślał Alex. To miejsce wypaczało oba te pojęcia.
- Tylko czy może być "dobra" i "zła" energia? Czy to tylko sztuczka, a obie przenikają się wzajemnie, czerpiąc jedna z drugiej? - pociągnął dalej myśl Rosie, licząc na to, że ta zaprzeczy, że powie mu: "absolutnie, nie wymyślaj", jak zawsze kiedy dywagowali na tematy naukowe, a on rozpraszał się i zafiksowywał na punkcie dziwnych wyjątków i odchyleń od normy, tracąc z oczu pełen obraz sprawy. Bardzo chciał wierzyć, że kobieta ma rację. - Czerń atakowała z wody, a fiolet pożerał resztę - przywołał wcześniejsze słowa Moody. - Z jednej strony: dlaczego więc epicentrum miałoby leżeć w lesie, a nie w jeziornej toni. Widzieliście, tamten facet złamał gałąź, a ona chwilę potem odrosła, jak gdyby nigdy nic. Rośliny ewidentnie spowija jakaś ochronna magia. "Fiolet chroni"? - Pokręcił głową. - Z drugiej strony: wy mieliście wizję o byciu złożonym w ofierze leśnej gęstwinie. O żyjących konarach, które sięgały w waszą stronę - odniósł się do słów Morpheusa i Leona. - A te kobiety zaatakował krzak bzu. "Czerń atakuje"? W takim razie, dlaczego wszystkiego nie spowija czerń, tak jak nici nieznajomych? - myślał głośno. - Może ci nieumarli-- Inferiusy - podchwycił zaraz słowa Rosie, absolutnie ufny w jej osąd sytuacji: w końcu nikt nie znał się na tym lepiej niż ona. - Może inferiusy wyszły z wody. Dzisiaj ludzie gadali, że już wcześniej znikali stąd turyści. Może nigdy nie opuścili Windermere. Może las próbuje się przed nimi bronić... A może wręcz przeciwnie, może żywi się energią tych ludzi? Może jezioro to tylko ołtarz ofiarny - martwe ryby, martwi ludzie, martwa woda - a wszystko, co umiera w jego toni, zasila potem las, który buja życiem. - Nigdy nie był zbytnio elokwentny, kiedy tłumaczył swoje ciągi myślowe innym ludziom, ale przez ćpanie stał się jeszcze mniej wymowny. To Rosie potrafiła się zawsze ładnie wysłowić, to na natchnionego erudycją Morpehusa patrzył z podziwem, ale sam zbytnio skakał z tematu na temat, potrzebował czasu, by uporządkować myśli i wyrazić je tak, by wszyscy zrozumieli. - Odwrócony as denarów. Destrukcja jest formą kreacji - podsumował sztywno.
Przechodzili akurat blisko wejścia do lasu, więc mimowolnie chciał przyciągnąć Ambrosię jeszcze bliżej, ale ona nagle schyliła się, wyplątując się spod jego ramienia.
Skurwysyn. Ona nie była czarownicą. Złożył ofiarę z mugolki.
- Kurwa - syknął wściekle, a jego dłoń powróciła z powrotem na rękojeść tkwiącej w kiezzeni spodni różdzki. Spojrzenie utkwił w znalezionej przez Rosie kartce. "Czy złożyć tu jakąś ofiarę?", rzucił wcześniej, jeszcze na początku ich ekspedycji, próbując zinterpretować przesłanie odwróconego Asa denarów. - No to zaraz zlecą się zasrani stróże prawa i porządku - sarknął, poirytowany. Obrzucił zaraz Moody niechętnym spojrzeniem. - Jakby jedna nie wystarczyła. No, Mildred, jako aspirujący auror masz okazję się wykazać - dodał, z okrutnym uśmieszkiem czającym się w kacikach ust. - Albo przynajmniej zaimponować rodzinie. Myślisz, że dopuszczą cię z powrotem do służby? - zapytał, niby to przyjaźnie, oddalając się nieco, by zajrzeć na ścieżkę wiodącą w las.
Miał serdecznie dosyć tego dnia.
Windermere... Pokaż, dokąd mam iść. Powiedz, czego od nas chcesz, zażądał. Oparł dłoń o jedno z młodych drzew porastających skraj lasu.
Pozwól mi być twoimi oczami.
!3windermerejasnowidz
Te pierdolone nici. Czerń i fiolet, fiolet i czerń... Więc dlaczego nagle widział tylko czerwień?
Zacisnął pięści.
"Atawistyczne instynkty" budziło w Alexie nie Windermere, tylko skrzypienie ołówka pierdolonej Mildred.
Miał ochotę wyrwać jej z rąk ten zasrany notes, zapełniony bezsensownymi gryzmołami, i użyć go jako podpałki pod ogień, który wypaliłby Windermere do zgliszczy. Gdyby i ona rzuciła się za swym skarbem w płomienie, jedno licho mniej nawiedzałoby ten przeklęty las, pomyślał ponuro. Może w ten sposób rozładowałby swoją złość. Przemocą. Ta zawsze była dla niego najlepszym lekarstwem na wszystko. Zawsze wybierał przemoc. Tak było łatwiej. Przemoc była czymś, co dobrze rozumiał. Myślał wtedy jakoś bardziej trzeźwo. Podobał mu się pomysł wybrania się na umarlaków, ale nie z Rosie u boku: choć sama McKinnon utrzymywała, że oswoiła się z rodzinnym darem, Mulciber wciąż pamiętał, jak tragiczne piętno wizje tego innego świata potrafiły odcisnąć na jej psychice. Co, gdyby zimne szpony nieumarłych naprawdę zamknęły się na jej sercu? Opiekuńczo objął ramieniem stojącą obok Ambrosię. Przy niej - dla niej? - starał się pohamować buzującą w nim agresję, choć normalnie rzuciłby się pierwszy w stronę zagrożenia, niepomny na konsekwencje.
Musiał mrugnąć jeszcze kilka razy, by pozbyć się sprzed oczu kolorowych miraży. Choć czerwień, goszcząca w tak wielu spośród łączących całe towarzystwo nici, zniknęła, wątpliwości pozostały. Przynajmniej mógł znowu swobodnie patrzeć na Morpheusa. Starał się wejść w swoją służbową personę, ale zbytnio swędziały go pięści, słońce wybitnie uderzało do głowy, a jedynym, co powstrzymywało go przed kompletnym pogrążeniem się w paranoi, był szybki uśmiech Rosie. Teraz to na niej była skupiona jego uwaga, dlatego wzruszył tylko ramionami na propozycję użycia myślodsiewni. Było mu wszystko jedno, dopóki to nie w jego wspomnieniach grzebali.
Nie powiedział przecież innym o fiolecie, który spowijał serpentyny powiązań między nim a Ambrosią.
Może to właśnie próbowała mu powiedzieć odwrócona Trójka mieczy, zanim cisnął ją gniewnie w toń jeziora tuż przed wschodem słońca: "myślisz, że czekają cię same nieszczęścia - może chcesz, żeby tak było, bo tak jest łatwiej? - zakładasz najgorsze, chociaż szczęście jest na wyciagnięcie ręki". Wcześniej, karta raziła Alexandra swym fałszywym optymizmem; szalenie irytowało go, że tarot kolejny raz każe mu poszukiwać duchowej równowagi, leczyć przeszłe traumy, odpuścić i wybaczać - sobie i innym - błędy przeszłości. Miał, kurwa, dosyć tego pierdolenia o uzdrawianiu duszy. ziękował gnanym wiatrem i wędrującym pośród wrzosowisk duchom swych przodków, że tym razem karta była przynajmniej odwrócona, a nie prosta. Prosta oznaczała złamane serce. Odwrócona, zaś, szeptała niewinnie: to nie tak, jak myślisz. Rzeczywiście, choć nici łączące go z Rosie wyglądały inaczej, może nie było w tym powodu do paniki?
Może odwrócona Trójka mieczy chciała przestrzec go, że ten ból, który przeszywał jego pierś z każdym kolejnym uderzeniem serca, ta bezsilność i pełna zgrozy rozpacz były bezcelowe. Fiolet chroni, powtarzał w duchu. Może karta chciała powiedzieć, że strach, jaki poczuł na widok zmienionych nici, był czymś naturalnym - bo przecież szalenie zależało mu na Ambrosii - ale nie powinien mu się tak łatwo poddawać; bo choć na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało źle, ta zmiana to początek czegoś lepszego.
Coś się kończy, coś się zaczyna, pomyślał Alex. To miejsce wypaczało oba te pojęcia.
- Tylko czy może być "dobra" i "zła" energia? Czy to tylko sztuczka, a obie przenikają się wzajemnie, czerpiąc jedna z drugiej? - pociągnął dalej myśl Rosie, licząc na to, że ta zaprzeczy, że powie mu: "absolutnie, nie wymyślaj", jak zawsze kiedy dywagowali na tematy naukowe, a on rozpraszał się i zafiksowywał na punkcie dziwnych wyjątków i odchyleń od normy, tracąc z oczu pełen obraz sprawy. Bardzo chciał wierzyć, że kobieta ma rację. - Czerń atakowała z wody, a fiolet pożerał resztę - przywołał wcześniejsze słowa Moody. - Z jednej strony: dlaczego więc epicentrum miałoby leżeć w lesie, a nie w jeziornej toni. Widzieliście, tamten facet złamał gałąź, a ona chwilę potem odrosła, jak gdyby nigdy nic. Rośliny ewidentnie spowija jakaś ochronna magia. "Fiolet chroni"? - Pokręcił głową. - Z drugiej strony: wy mieliście wizję o byciu złożonym w ofierze leśnej gęstwinie. O żyjących konarach, które sięgały w waszą stronę - odniósł się do słów Morpheusa i Leona. - A te kobiety zaatakował krzak bzu. "Czerń atakuje"? W takim razie, dlaczego wszystkiego nie spowija czerń, tak jak nici nieznajomych? - myślał głośno. - Może ci nieumarli-- Inferiusy - podchwycił zaraz słowa Rosie, absolutnie ufny w jej osąd sytuacji: w końcu nikt nie znał się na tym lepiej niż ona. - Może inferiusy wyszły z wody. Dzisiaj ludzie gadali, że już wcześniej znikali stąd turyści. Może nigdy nie opuścili Windermere. Może las próbuje się przed nimi bronić... A może wręcz przeciwnie, może żywi się energią tych ludzi? Może jezioro to tylko ołtarz ofiarny - martwe ryby, martwi ludzie, martwa woda - a wszystko, co umiera w jego toni, zasila potem las, który buja życiem. - Nigdy nie był zbytnio elokwentny, kiedy tłumaczył swoje ciągi myślowe innym ludziom, ale przez ćpanie stał się jeszcze mniej wymowny. To Rosie potrafiła się zawsze ładnie wysłowić, to na natchnionego erudycją Morpehusa patrzył z podziwem, ale sam zbytnio skakał z tematu na temat, potrzebował czasu, by uporządkować myśli i wyrazić je tak, by wszyscy zrozumieli. - Odwrócony as denarów. Destrukcja jest formą kreacji - podsumował sztywno.
Przechodzili akurat blisko wejścia do lasu, więc mimowolnie chciał przyciągnąć Ambrosię jeszcze bliżej, ale ona nagle schyliła się, wyplątując się spod jego ramienia.
Skurwysyn. Ona nie była czarownicą. Złożył ofiarę z mugolki.
- Kurwa - syknął wściekle, a jego dłoń powróciła z powrotem na rękojeść tkwiącej w kiezzeni spodni różdzki. Spojrzenie utkwił w znalezionej przez Rosie kartce. "Czy złożyć tu jakąś ofiarę?", rzucił wcześniej, jeszcze na początku ich ekspedycji, próbując zinterpretować przesłanie odwróconego Asa denarów. - No to zaraz zlecą się zasrani stróże prawa i porządku - sarknął, poirytowany. Obrzucił zaraz Moody niechętnym spojrzeniem. - Jakby jedna nie wystarczyła. No, Mildred, jako aspirujący auror masz okazję się wykazać - dodał, z okrutnym uśmieszkiem czającym się w kacikach ust. - Albo przynajmniej zaimponować rodzinie. Myślisz, że dopuszczą cię z powrotem do służby? - zapytał, niby to przyjaźnie, oddalając się nieco, by zajrzeć na ścieżkę wiodącą w las.
Miał serdecznie dosyć tego dnia.
Windermere... Pokaż, dokąd mam iść. Powiedz, czego od nas chcesz, zażądał. Oparł dłoń o jedno z młodych drzew porastających skraj lasu.
Pozwól mi być twoimi oczami.
!3windermerejasnowidz
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat