04.05.2024, 12:02 ✶
– Przetrwał wszystko, co na pewno wyprawiał z nim Godryk Gryffindor, a potem jego wnuk, więc ja też nie zdołałam go uszkodzić. Z ręką na sercu! – zapewniła Brenna, sama nawet nie próbując udawać powagi. – Podobno wchłania wszystko, co może go wzmocnić i powstał z goblińskiej stali, a potem go zaklęto, więc nic mu nie grozi.
Zasadniczo Brenna mogła trafić do Slytherinu. Ba, tiara nawet przez moment się wahała. Ostatecznie skończyła w Gryffindorze pewnie po pierwsze dlatego, że tego chciała, po drugie – bo brakowało jej ślizgońskiej ambicji. Potrafiła manipulować, bywała całkiem przebiegła, zasady uważała bardziej za zbiór luźnych wskazówek niż coś wykutego w kamieniu i była czystej krwi: ale nigdy nie zależało jej na uznaniu, zaszczytach i wysokich stanowiskach.
– Bo jestem patriotką domową, ale to przecież wcale nie znaczy, że nie lubię innych domów. Poza tym… bardziej do twarzy mi w złocie – zażartowała, odruchowo zerkając na swoją rękę. Chociaż w istocie to złota raczej zwykle nie nosiła, chyba że właśnie na czerwono – złotym szaliku Gryffindoru czy bluzie z gryfońskim lwem, wyblakłej, ale wciąż wiernie jej służącej nawet po dziesięciu latach. – Tiara Przydziału zawsze śpiewała, jak wielkimi przyjaciółmi byli Założyciele. Gryffindor i Slytherin zgadzali się nawet w snach i wszędzie razem widziano Ravenclaw i Hufflepuff – zacytowała jedną z piosenek, które wyśpiewał kapelusz. Rzecz jasna nie znała na pamięć ich wszystkich w całości, ale te wersy jakoś utkwiły jej w pamięci. – Ale to tym smutniejsze, nie uważasz? Przyjaźnili się przez całe lata, postanowili razem założyć szkołę, prowadzili ją dość długo aż w końcu poróżnili się tak bardzo, że jeden z nich musiał odejść. Wszystko z powodu czystej krwi.
Tym razem spoważniała: i nawet nie w udawany sposób. To była historia powtarzająca się wciąż i wciąż od nowa. Historia, która była Brennie bliska, zwłaszcza teraz, gdy nad ich światem zawisło widmo wojny.
Może nie była wystarczająco dobrą przyjaciółką, bo istniały rzeczy, których nikomu nie mogłaby wybaczyć. Pomaganie w mordowaniu dzieci tylko za to, że ich krew nie jest dość czysta, było jedną z nich.
Drogi jej i kilku drogich jej niegdyś osób rozeszły się już dawno: inne rozchodziły się powoli, ale nieubłaganie.
– Mama zawsze mówiła, że nie umiem usiedzieć na miejscu – odparła jednak zaraz, znów lekkim tonem, na wyjaśnienia Basiliusa. – Słuchaj, znam paru Prewettów. Nie nabiorę się na tę propagandę – roześmiała się, znów podając mu karty. A potem… potem uśmiechnęła się do niego jakby przepraszająco, gdy Jednak Zapytał. – Chatka na kurzej stopie w głębi lasu. Poważnie. Odłączyłam się od grupy podczas pościgu i prawie utonęłam w bagnie, a jak się z niego wydostałam, to trafiłam na chatkę z bajki. Rośliny zachowywały się tam dziwnie, a staruszka, która tam mieszkała… no zachowywała się jeszcze dziwniej i myślałam, że zaraz wsadzi mnie do pieca. A kiedy próbowałam tam potem wrócić, nie mogłam jej znaleźć. Chatki, nie starszej pani. Właściwie to ich obu. A gość, którego szukaliśmy, też się rozpłynął.
Zasadniczo Brenna mogła trafić do Slytherinu. Ba, tiara nawet przez moment się wahała. Ostatecznie skończyła w Gryffindorze pewnie po pierwsze dlatego, że tego chciała, po drugie – bo brakowało jej ślizgońskiej ambicji. Potrafiła manipulować, bywała całkiem przebiegła, zasady uważała bardziej za zbiór luźnych wskazówek niż coś wykutego w kamieniu i była czystej krwi: ale nigdy nie zależało jej na uznaniu, zaszczytach i wysokich stanowiskach.
– Bo jestem patriotką domową, ale to przecież wcale nie znaczy, że nie lubię innych domów. Poza tym… bardziej do twarzy mi w złocie – zażartowała, odruchowo zerkając na swoją rękę. Chociaż w istocie to złota raczej zwykle nie nosiła, chyba że właśnie na czerwono – złotym szaliku Gryffindoru czy bluzie z gryfońskim lwem, wyblakłej, ale wciąż wiernie jej służącej nawet po dziesięciu latach. – Tiara Przydziału zawsze śpiewała, jak wielkimi przyjaciółmi byli Założyciele. Gryffindor i Slytherin zgadzali się nawet w snach i wszędzie razem widziano Ravenclaw i Hufflepuff – zacytowała jedną z piosenek, które wyśpiewał kapelusz. Rzecz jasna nie znała na pamięć ich wszystkich w całości, ale te wersy jakoś utkwiły jej w pamięci. – Ale to tym smutniejsze, nie uważasz? Przyjaźnili się przez całe lata, postanowili razem założyć szkołę, prowadzili ją dość długo aż w końcu poróżnili się tak bardzo, że jeden z nich musiał odejść. Wszystko z powodu czystej krwi.
Tym razem spoważniała: i nawet nie w udawany sposób. To była historia powtarzająca się wciąż i wciąż od nowa. Historia, która była Brennie bliska, zwłaszcza teraz, gdy nad ich światem zawisło widmo wojny.
Może nie była wystarczająco dobrą przyjaciółką, bo istniały rzeczy, których nikomu nie mogłaby wybaczyć. Pomaganie w mordowaniu dzieci tylko za to, że ich krew nie jest dość czysta, było jedną z nich.
Drogi jej i kilku drogich jej niegdyś osób rozeszły się już dawno: inne rozchodziły się powoli, ale nieubłaganie.
– Mama zawsze mówiła, że nie umiem usiedzieć na miejscu – odparła jednak zaraz, znów lekkim tonem, na wyjaśnienia Basiliusa. – Słuchaj, znam paru Prewettów. Nie nabiorę się na tę propagandę – roześmiała się, znów podając mu karty. A potem… potem uśmiechnęła się do niego jakby przepraszająco, gdy Jednak Zapytał. – Chatka na kurzej stopie w głębi lasu. Poważnie. Odłączyłam się od grupy podczas pościgu i prawie utonęłam w bagnie, a jak się z niego wydostałam, to trafiłam na chatkę z bajki. Rośliny zachowywały się tam dziwnie, a staruszka, która tam mieszkała… no zachowywała się jeszcze dziwniej i myślałam, że zaraz wsadzi mnie do pieca. A kiedy próbowałam tam potem wrócić, nie mogłam jej znaleźć. Chatki, nie starszej pani. Właściwie to ich obu. A gość, którego szukaliśmy, też się rozpłynął.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.