Skinęłam głową. Znał się na transporcie, naturalne więc, że i potrafił rozeznać się z mapą i przygotować trasę. Deportować się umiałam, ale tego nie cierpiałam. Mój żołądek zbyt często płatał mi figle. Kominkowanie też nie było idealne, ale znosiłam je najlepiej. Ironicznie, biorąc pod uwagę, że stosunkowo często podróżowałam.
— Tak, wiem gdzie są — odpowiedziałam. Akurat okolice Pokątnej znałam całkiem dobrze. To był mój punkt początkowy wielu wycieczek do Anglii.
Najpierw kwiatek, teraz chodzenie pod ramię... Prawdziwy brytyjski dżentelmen. Bo to tylko takie zwyczaje. Nie było tu niczego poza koleżeńskim spotkaniem, a Sama po prostu bardzo dobrze wychowano. To dla mnie swego rodzaju nowość. W mojej wsi takiego traktowania by się nie doświadczyło. Poziom kultury jest tam znacznie inny. Ludzie są mili i życzliwi, ale nie mają tak wielu konwenansów. Są bardziej prostolinijni i szczerzy. A w Anglii nawet na roli pracują dżentelmeni.
Złapałam go delikatnie pod ramię. To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Zazwyczaj chodziłam tak z kobietami, ewentualnie dziadkiem. A teraz z chłopakiem w moim wieku. I to nie kuzynem.
Mój mózg zaczął się pocić nad wymyśleniem tematu do rozmowy podczas tego krótkiego spaceru, ale na szczęście... był krótki. Zatrzymaliśmy się przed publicznym kominkiem i dokładnie wysłuchałam instrukcji Sama co do podróży. Nawet nie wpatrywałam się przy tym w kwiatek tak bardzo.
— Byłeś kiedyś w podobnym miejscu? — Spytałam, gdy znaleźliśmy się już po drugiej stronie.