04.05.2024, 14:25 ✶
Nienawidził, kiedy ludzie mówili do niego spokojnie. Chętnie by coś teraz zirytowany odburknął, albo fuknął na niego, ale melodia tej rozmowy była inna. Wtulił się w niego mimo gorącej pogody, jak zawsze czerpiąc z takich chwil całym sobą. Nie był spokojny i nie zamierzał być spokojny, poza tym nawet gdyby się na tym skupił, on po prostu nie potrafił być spokojny. Najwyraźniej nie potrafił też trzymać się własnych postanowień, bo przez myśl naprawdę przeszło mu a gdybym znowu uciekł, bo to przecież było łatwiejsze od próbowania, lżejsze do zniesienia niż prawda o sobie samym - że kiedy z bycia łasnym na komplementy nazywało się szują (i oczekiwało poklepania po plecach przy szeptach z serii, to nie prawda Flynn, jesteś wspaniały, kocham cię całym sercem), miało się całkowitą kurwa rację.
- Ja... - cholernie dziwnie było mówić to, kiedy się było przyklejonym do czyjegoś ciała... - Al, ja...
Znowu zbierał się w sobie z minutę i dopiero kiedy oserwał swoją głowę od jego ciała i spojrzał na niego zza jeszcze bardziej roztrzepanych włosów, odetchnął i wydusił coś z siebie, przy okazji nerwowo skubiąc przy tym paznokcie.
- Po tym jak go skopałem - a skopał go boleśnie i okrutnie, bo Prewett nawet nie potrafił się bronić, całkiem możliwe było, że żyłby gdyby Crow w szale zmieszania nie skusiłby kilku ciosów. A najgorsze było to, że bardziej niż skopanie Laurenta męczyło go to jak bardzo nie podołał solidnemu przyłożeniu mu w cymbał. Z przykrością załapał, jak bardzo Fantasmagoria go w tej kwestii rozleniwił. - P-po tym... Cóż, kazałem mu złożyć wieczystą przysięgę, że będzie mnie o wszystkim informował. Zapomniałem powiedzieć mu jak, więc wysłał sowę, żeby nie zamienić się w kupkę popiołu. - I to był oto. Ta część jego, jakiej wstydził się przed Alexandrem. Okropny człowiek, potrafiący pomyśleć, że miał prawo mu to zrobić, a ten powinien być mu wdzięczny, bo może i dostał z ciężkiego buta w brzuch od kogoś mogącego złamać go jak patyk, ale wrócił do domu cało, co najwyżej z kilkoma nowymi siniakami.
Wciąż niby wyglądał tak samo - to były te same wilgotne, ciemne rzęsy, o których Alexander miał śnić, te same kruczoczarne pukle opadające mu na twarz, to samo gorące ciało. Ale spoglądał gdzieś w bok z cierpiętniczą miną i sprawiał wrażenie, jakby mu było zimno. Bo to przecież było oczywiste, że ani on, ani Bletchley nie chcieliby go takim, a on nie chciał żyć bez nich.
- Dałem ci to całkowicie świadomy tego, co robię. Kazałem to sobie przygotować ze względu na takie rozmowy. To chyba... twoje brzemię, w jakimś sensie. Ta decyzja czy chcesz to wiedzieć. - Tych kilka kropel na języku były kroplami jego historii. Alexander nie napił się nawet pełnej szklanki. - Wciąż nie wydaje mi się, żebyś miał spać spokojnie po tym, co usłyszysz. Po tym eliksirze bardzo łatwo się mówi, ale... ten słowotok wcale nie jest precyzyjny. Nawet tej nocy kiedy go słyszałeś, nigdy nie odkopałeś najgorszych elementów. To jest... Jak Ścieżki. Jak plątanina nieskończonych korytarzy, z których nie da się wydostać. Nigdy nie wiem, gdzie zacząć. Nie kończę, tylko urywam. - Odetchnął. Wrócił do niego spojrzeniem i wyglądał inaczej. Miał zdecydowany wzrok, wzrok kogoś, kto potrafił udźwignąć takie dialogi. Wzrok kogoś, kogo Alexander nie znał i zapewne z bólem serca musiał teraz zauważyć, że jego brat był już kompletnie, niezaprzeczalnie zatracony w szaleństwie, jakie sobie zbudował, żeby udźwignąć własne, pogmatwane jestestwo.
- Ja... - cholernie dziwnie było mówić to, kiedy się było przyklejonym do czyjegoś ciała... - Al, ja...
Znowu zbierał się w sobie z minutę i dopiero kiedy oserwał swoją głowę od jego ciała i spojrzał na niego zza jeszcze bardziej roztrzepanych włosów, odetchnął i wydusił coś z siebie, przy okazji nerwowo skubiąc przy tym paznokcie.
- Po tym jak go skopałem - a skopał go boleśnie i okrutnie, bo Prewett nawet nie potrafił się bronić, całkiem możliwe było, że żyłby gdyby Crow w szale zmieszania nie skusiłby kilku ciosów. A najgorsze było to, że bardziej niż skopanie Laurenta męczyło go to jak bardzo nie podołał solidnemu przyłożeniu mu w cymbał. Z przykrością załapał, jak bardzo Fantasmagoria go w tej kwestii rozleniwił. - P-po tym... Cóż, kazałem mu złożyć wieczystą przysięgę, że będzie mnie o wszystkim informował. Zapomniałem powiedzieć mu jak, więc wysłał sowę, żeby nie zamienić się w kupkę popiołu. - I to był oto. Ta część jego, jakiej wstydził się przed Alexandrem. Okropny człowiek, potrafiący pomyśleć, że miał prawo mu to zrobić, a ten powinien być mu wdzięczny, bo może i dostał z ciężkiego buta w brzuch od kogoś mogącego złamać go jak patyk, ale wrócił do domu cało, co najwyżej z kilkoma nowymi siniakami.
Wciąż niby wyglądał tak samo - to były te same wilgotne, ciemne rzęsy, o których Alexander miał śnić, te same kruczoczarne pukle opadające mu na twarz, to samo gorące ciało. Ale spoglądał gdzieś w bok z cierpiętniczą miną i sprawiał wrażenie, jakby mu było zimno. Bo to przecież było oczywiste, że ani on, ani Bletchley nie chcieliby go takim, a on nie chciał żyć bez nich.
- Dałem ci to całkowicie świadomy tego, co robię. Kazałem to sobie przygotować ze względu na takie rozmowy. To chyba... twoje brzemię, w jakimś sensie. Ta decyzja czy chcesz to wiedzieć. - Tych kilka kropel na języku były kroplami jego historii. Alexander nie napił się nawet pełnej szklanki. - Wciąż nie wydaje mi się, żebyś miał spać spokojnie po tym, co usłyszysz. Po tym eliksirze bardzo łatwo się mówi, ale... ten słowotok wcale nie jest precyzyjny. Nawet tej nocy kiedy go słyszałeś, nigdy nie odkopałeś najgorszych elementów. To jest... Jak Ścieżki. Jak plątanina nieskończonych korytarzy, z których nie da się wydostać. Nigdy nie wiem, gdzie zacząć. Nie kończę, tylko urywam. - Odetchnął. Wrócił do niego spojrzeniem i wyglądał inaczej. Miał zdecydowany wzrok, wzrok kogoś, kto potrafił udźwignąć takie dialogi. Wzrok kogoś, kogo Alexander nie znał i zapewne z bólem serca musiał teraz zauważyć, że jego brat był już kompletnie, niezaprzeczalnie zatracony w szaleństwie, jakie sobie zbudował, żeby udźwignąć własne, pogmatwane jestestwo.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.