04.05.2024, 17:06 ✶
Mi było z tym niesmak, że stałem się wampirem, ale rodzicom to już totalnie. Wpatrywali się we mnie, obserwowali z zapartym tchem każdy mój ruch, jak gdybym w każdej chwili mógł się rzucić na kogokolwiek przy stole... Nie wiem, może sobie to dopowiadałem, ale czułem się w tej rezydencji zdecydowanie nieswojo. Zaszczuty. Nie musieli nic mówić. Ja wyczuwałem w powietrzu to napięcie, tę niepewność, tę niechęć. Kolekcja rodowych ostrzy, miałem wrażenie, że została specjalnie naostrzona na tę okazję, na tę wizytę, na pewną ewentualność...? Próbowałem zagłuszyć te negatywne myśli alkoholem, ale im więcej w siebie wlewałem wina, tym bardziej byłem świadomy, że moje starania były czcze. I kto wie? Może gdyby nie koniec kolacji, gdybym jeszcze trochę czasu spędził przy tym stole, to faktycznie bym się na kogoś rzucił. Tyle nie z głodu, pragnienia krwi, tylko z czystego wkurwienia, tej całej niesprawiedliwości, która mnie dotykała.
Wiedziałem, że wizyta u nich, to nie był dobry pomysł, ale stało się i właściwie już miałem to z głowy, bo ojciec przesadził z alkoholem. Niby poszedł spać, ale zapewne będzie się wałęsał po domu jeszcze z bite trzy godziny, terroryzując służbę beznadziejnymi, z dupy obowiązkami.
- Ja ci powiem, że od jakiegoś czasu, mam serdecznie dosyć ich i dosyć tego domu... - odparłem wręcz przeciwnie do wyznania siostry. Może to była również wina tego, że spędziłem tu kilka miesięcy w męce i bólu, spijając jakichś bezdomnych, z bacznym okiem ojca nade mną, a potem wałęsałem się po korytarzach, nie mając co ze sobą zrobić... I jeszcze te szepty służby, matki szepczącej do ojca, ojca drącego mordę, matki szepczącej do służby i służby obawiającej się komentować tej sytuacji do któregokolwiek z moich rodziców. Poza tym ten dom kojarzył mi się ze śmiercią, jeszcze zanim umarłem, więc... wolałem stąd uciekać do życia. Kiedy stałem się martwy, to już nie było takie proste... Choć Kim z Daisy wciąż próbowały zachowywać pozory, jakby nic złego nie miało miejsca.
- Jeśli o mnie chodzi, to ja dziś nie zasnę, więc chętnie jeszcze coś wypiję... Może w końcu nastanie moment, kiedy procenty uderzą mi do głowy - odparłem, wzdychając ciężko. Wcale nie chciałem być cierpiętnikiem, bo to nie Geraldine wina, że się zgodziłem tu z nią przyjechać... - Wybacz. Po prostu... miałem wrażenie, że ciągle mnie obserwują. Wciąż jestem zestresowany tą kolacją - wyznałem jej, żeby przypadkiem nie miała wyrzutów sumienia albo jeszcze nie naszło ją na kłótnie ze mną. To ostatnie, czego w tej chwili potrzebowałem. Jedna pozytywna dusza przyda mi się u boku. Tak, w tej chwili miałem Geraldine za pozytywnego człowieka.
Ochoczo wstałem, od razu przystałem na propozycję siostry. Chętnie umniejszę zapasy ojca. Należało mu się. Nie spodziewałem się jednak spotkać szeptuchy i to plotkujące o moim bracie... Wywróciłem oczami, bo już nie byłem w stanie zgrywać usłużnego paniczyka, szczególnie że już teraz nie musiałem. Może przed Geraldine chociaż mógłbym kryć się z niechęcią do jej bliźniaka, ale jakoś wyczerpałem na dziś limit cierpliwości. Na dole oczywiście wykłócał się ojciec ze służbą i chciał ubić konia Thorana...
- To twój brat bliźniak, ale ja chętnie też bym mu ubił tego konia. Może wobec ciebie jest w porządku, ale całej reszcie świata działa na nerwy jak nikt inny... Ja bym się w to nie wtrącał - odparłem z ostrzeżeniem, bo ojciec był trudny, ale po pijaku był jeszcze bardziej... nieprzejednany.
Wiedziałem, że wizyta u nich, to nie był dobry pomysł, ale stało się i właściwie już miałem to z głowy, bo ojciec przesadził z alkoholem. Niby poszedł spać, ale zapewne będzie się wałęsał po domu jeszcze z bite trzy godziny, terroryzując służbę beznadziejnymi, z dupy obowiązkami.
- Ja ci powiem, że od jakiegoś czasu, mam serdecznie dosyć ich i dosyć tego domu... - odparłem wręcz przeciwnie do wyznania siostry. Może to była również wina tego, że spędziłem tu kilka miesięcy w męce i bólu, spijając jakichś bezdomnych, z bacznym okiem ojca nade mną, a potem wałęsałem się po korytarzach, nie mając co ze sobą zrobić... I jeszcze te szepty służby, matki szepczącej do ojca, ojca drącego mordę, matki szepczącej do służby i służby obawiającej się komentować tej sytuacji do któregokolwiek z moich rodziców. Poza tym ten dom kojarzył mi się ze śmiercią, jeszcze zanim umarłem, więc... wolałem stąd uciekać do życia. Kiedy stałem się martwy, to już nie było takie proste... Choć Kim z Daisy wciąż próbowały zachowywać pozory, jakby nic złego nie miało miejsca.
- Jeśli o mnie chodzi, to ja dziś nie zasnę, więc chętnie jeszcze coś wypiję... Może w końcu nastanie moment, kiedy procenty uderzą mi do głowy - odparłem, wzdychając ciężko. Wcale nie chciałem być cierpiętnikiem, bo to nie Geraldine wina, że się zgodziłem tu z nią przyjechać... - Wybacz. Po prostu... miałem wrażenie, że ciągle mnie obserwują. Wciąż jestem zestresowany tą kolacją - wyznałem jej, żeby przypadkiem nie miała wyrzutów sumienia albo jeszcze nie naszło ją na kłótnie ze mną. To ostatnie, czego w tej chwili potrzebowałem. Jedna pozytywna dusza przyda mi się u boku. Tak, w tej chwili miałem Geraldine za pozytywnego człowieka.
Ochoczo wstałem, od razu przystałem na propozycję siostry. Chętnie umniejszę zapasy ojca. Należało mu się. Nie spodziewałem się jednak spotkać szeptuchy i to plotkujące o moim bracie... Wywróciłem oczami, bo już nie byłem w stanie zgrywać usłużnego paniczyka, szczególnie że już teraz nie musiałem. Może przed Geraldine chociaż mógłbym kryć się z niechęcią do jej bliźniaka, ale jakoś wyczerpałem na dziś limit cierpliwości. Na dole oczywiście wykłócał się ojciec ze służbą i chciał ubić konia Thorana...
- To twój brat bliźniak, ale ja chętnie też bym mu ubił tego konia. Może wobec ciebie jest w porządku, ale całej reszcie świata działa na nerwy jak nikt inny... Ja bym się w to nie wtrącał - odparłem z ostrzeżeniem, bo ojciec był trudny, ale po pijaku był jeszcze bardziej... nieprzejednany.