Z trudem odkleił drżącą rękę od ściany wozu, z rozpaczą oglądając ostatnie ze wgnieceń. Później przeniósł zeszklone spojrzenie na swojego brata i słuchał tego, co miał mu do powiedzenia w komentarzu na ten wybuch i... najgorsze było to, że to naprawdę rozpaliło w nim jakąś iskierkę nadziei. Nadziei na to, że po tej kłótni cokolwiek miało zmienić się na lepsze. Wyprostował się więc, otworzył szerzej oczy i rozchylił wargi, a później wystarczyły dwie sekundy, żeby zacisnął je znowu, a po jego policzku spłynęła łza.
Brał na siebie to ryzyko, ale...
No właśnie, ale. Tak pewnie wyglądały najgorsze z możliwych koszmarów. Biorę na siebie ryzyko bycia z tobą, ale nie zamierzam przyznawać się do tego, że jestem gejem. Oczywiście. Napieprzanie się z jakimiś potworami trzęsącymi Ścieżkami, mającymi pod sobą dziesiątki oprychów - to było dla Alexandra lżejsze niż stawienie czoła temu, że świat mógł nie tolerować jego miłości.
Kurwa mać.
Kurwakurwakurwa.
Chciałby myśleć, że sobie to wszystko uroił, ale on to powiedział naprawdę.
Znowu miał ochotę krzyczeć i pewnie by mu to jakoś pomogło, ale skoro już ryczał, to było po ptakach, czuł już pieczenie w gardle i wiedział, że nic z tego. I wiedział też dobrze, jak idealnie jego ciało skomponowało to wszystko z tym, że uchodziła z niego złość. Znowu wyglądał, jakby po prostu skończył się jego atak histerii. Typowy Flynn. Ale to nie była prawda!! To wcale nie była histeria, on to wszystko powiedział świadomie, nie działał na autopilocie, a ta łza nie była efektem tego pieczenia w głowie po tym jak wreszcie zaczynały rozluźniać mu się mięśnie i wracał do żywych. To była oznaka najgłębszego, najokrutniejszego cierpienia, jakie poczuł w obecności Alexandra. Wolałby dostać w mordę. Naprawdę. Wolałby znowu zostać przez niego pobitym, niż usłyszeć, że wyniki finansowe były dla niego ważniejsze niż ktoś, kogo podobno tak kochał. Co kogo kurwa obchodziło to, że chodziliby gdzieś razem za rękę? Pisali o nich w gazetach, że kradli dzieci z jebanych sierocińców. Niech piszą o nich częściej. Każdy chciałby zobaczyć występy cholernych dzieciokradów. Flynn byłby też w stanie zaryzykować stwierdzenie, że już teraz mieli ich za bandę dziwaków, nic to kurwa nie zmieniało, że dwójka z nich była pedałami.
Wyobraź sobie, że jesteśmy małżeństwem.
Wyobraź.
Wyobraź sobie, bo nigdy przecież nim nie będą. Zupełnie jak Bletchley. Chyba zaczynał dostrzegać jakiś wzór. Chciał stąd uciec. Uciec stąd i nigdy nie wrócić. Tak wyglądało prawdziwe życie? Miał być wstydem dla obu osób, na których najbardziej mu zależało? Wszystko miało być cudowne tak długo, jak będzie trzymał mordę na kłódkę? Mylił się jednak. Najgorsze nie było wcale zrobienie sobie nadziei - najgorsze było to, jak szybko to zaakceptował.
Skinął głową, ocierając łzy.
- Napr- ... n-naprawdę przepraszam, Al - wydusił z siebie, przyjmując wyciągniętą ku niemu dłoń. Starszy Bell miał rację, zapragnął wrócić w jego objęcia, utonąć w jego dotyku, bo tyle szczęścia mógł z tego dla siebie wyciągnąć. On, chuja warty obrazoburca. Człowiek tak bardzo chcący się zbuntować i pokazać światu środkowy palec, jednocześnie tkwiący w klatce swojej rozpieprzonej doszczętnie samooceny. Chciałby być kimś, dla kogo warto było trzymać ten transparent. Ktoś dla kogo wewnętrznego spełnienia warto było krzyknąć w tłumie, że był twoim facetem. Wypowiedział to już trzeci raz w to lato i trzeci raz został zgaszony jak pet. I trudno. Bo chociaż straszył wszystkich i stroszył czarne pióra, prawda o nim była taka, że jeżeli nie mógł mieć ich w całości, to chciał mieć cokolwiek, co mu dawali, nawet gdyby miały to być ochłapy. A Alexander dał mu przynajmniej jakiś wyraźniejszy cel. - D-daj mi ten eliksir, opowiem ci o nich, co tylko chcesz. - Oparł się o niego, splatając dłonie za jego plecami i zaciskając oczy. - Naprawdę spróbuję - być tym, kogo sobie wyśniłeś.
Brał na siebie to ryzyko, ale...
No właśnie, ale. Tak pewnie wyglądały najgorsze z możliwych koszmarów. Biorę na siebie ryzyko bycia z tobą, ale nie zamierzam przyznawać się do tego, że jestem gejem. Oczywiście. Napieprzanie się z jakimiś potworami trzęsącymi Ścieżkami, mającymi pod sobą dziesiątki oprychów - to było dla Alexandra lżejsze niż stawienie czoła temu, że świat mógł nie tolerować jego miłości.
Kurwa mać.
Kurwakurwakurwa.
Chciałby myśleć, że sobie to wszystko uroił, ale on to powiedział naprawdę.
Znowu miał ochotę krzyczeć i pewnie by mu to jakoś pomogło, ale skoro już ryczał, to było po ptakach, czuł już pieczenie w gardle i wiedział, że nic z tego. I wiedział też dobrze, jak idealnie jego ciało skomponowało to wszystko z tym, że uchodziła z niego złość. Znowu wyglądał, jakby po prostu skończył się jego atak histerii. Typowy Flynn. Ale to nie była prawda!! To wcale nie była histeria, on to wszystko powiedział świadomie, nie działał na autopilocie, a ta łza nie była efektem tego pieczenia w głowie po tym jak wreszcie zaczynały rozluźniać mu się mięśnie i wracał do żywych. To była oznaka najgłębszego, najokrutniejszego cierpienia, jakie poczuł w obecności Alexandra. Wolałby dostać w mordę. Naprawdę. Wolałby znowu zostać przez niego pobitym, niż usłyszeć, że wyniki finansowe były dla niego ważniejsze niż ktoś, kogo podobno tak kochał. Co kogo kurwa obchodziło to, że chodziliby gdzieś razem za rękę? Pisali o nich w gazetach, że kradli dzieci z jebanych sierocińców. Niech piszą o nich częściej. Każdy chciałby zobaczyć występy cholernych dzieciokradów. Flynn byłby też w stanie zaryzykować stwierdzenie, że już teraz mieli ich za bandę dziwaków, nic to kurwa nie zmieniało, że dwójka z nich była pedałami.
Wyobraź sobie, że jesteśmy małżeństwem.
Wyobraź.
Wyobraź sobie, bo nigdy przecież nim nie będą. Zupełnie jak Bletchley. Chyba zaczynał dostrzegać jakiś wzór. Chciał stąd uciec. Uciec stąd i nigdy nie wrócić. Tak wyglądało prawdziwe życie? Miał być wstydem dla obu osób, na których najbardziej mu zależało? Wszystko miało być cudowne tak długo, jak będzie trzymał mordę na kłódkę? Mylił się jednak. Najgorsze nie było wcale zrobienie sobie nadziei - najgorsze było to, jak szybko to zaakceptował.
Skinął głową, ocierając łzy.
- Napr- ... n-naprawdę przepraszam, Al - wydusił z siebie, przyjmując wyciągniętą ku niemu dłoń. Starszy Bell miał rację, zapragnął wrócić w jego objęcia, utonąć w jego dotyku, bo tyle szczęścia mógł z tego dla siebie wyciągnąć. On, chuja warty obrazoburca. Człowiek tak bardzo chcący się zbuntować i pokazać światu środkowy palec, jednocześnie tkwiący w klatce swojej rozpieprzonej doszczętnie samooceny. Chciałby być kimś, dla kogo warto było trzymać ten transparent. Ktoś dla kogo wewnętrznego spełnienia warto było krzyknąć w tłumie, że był twoim facetem. Wypowiedział to już trzeci raz w to lato i trzeci raz został zgaszony jak pet. I trudno. Bo chociaż straszył wszystkich i stroszył czarne pióra, prawda o nim była taka, że jeżeli nie mógł mieć ich w całości, to chciał mieć cokolwiek, co mu dawali, nawet gdyby miały to być ochłapy. A Alexander dał mu przynajmniej jakiś wyraźniejszy cel. - D-daj mi ten eliksir, opowiem ci o nich, co tylko chcesz. - Oparł się o niego, splatając dłonie za jego plecami i zaciskając oczy. - Naprawdę spróbuję - być tym, kogo sobie wyśniłeś.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.