05.05.2024, 10:54 ✶
- Bren, mon amour, nie będę przecież ryzykować tego, że obniży mi ocenę z ostatniego eseju - odparła Jane, przewracając przy tym oczami. Im bardziej brnęła w kłamstwo na temat kremu, który zamierzała sprezentować opiekunce domu, tym bardziej ta idea jej się podobała. Może to nie był taki najgorszy pomysł? Zwłaszcza że w tym wypadku mogła wykorzystać kwiaty z przydomowego ogrodu matki. Marion zawsze powtarzała, że suszone niezapominajki są podstawowym składnikiem kremu na zmarszczki, by skóra zapomniała, że powinna się starzeć. Swoją drogą dzięki starym porzekadłom francuskich czarownic powstała jedna z hitowych serii kosmetyków dla dojrzałych kobiet, która zajęła pierwsze miejsce w cyklu artykułów Desdemony Baverick z 1951 o najlepszych debiutach na rynku.
- Podsłuchałam w skrzydle szpitalnym, jak żaliła się pielęgniarce, że przez nas wszystkich coraz szybciej się starzeje - dodała z wyjaśnieniem, skąd w ogóle w jej głowie zakorzenił się plan wykonania tego rodzaju prezentu pożegnalnego. Gdyby ktokolwiek inny wpadł na taki pomysł, McGonagall pewnie przeklęłaby go w spinacz do papieru. Jane miała jednak na tyle taktu, by nie wspominać nauczycielce, że specyfik miał zniwelować zmarszczki. - Wiesz, że któryś z trzeciorocznych Krukonów tak bardzo pomieszał składniki eliksirów, że wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu stracili węch? Akurat się napatoczyłam pielęgniarce, więc zaciągnęła mnie do pomocy w masowej produkcji antidotum.
Wiatr pojawiał się w porywach targających nie tylko krótkie włosy Brenny, ale i warkocz Jane. Oberwała nim po twarzy tyle razy, że w końcu zdesperowana wcisnęła go pod płaszcz. Dlaczego nie wzięła przykładu ze swojej kuzynki i nie złapała za szal, wychodząc z ich wspólnej sypialni? Ach, no tak, moda i dobry wygląd wymagają wyrzeczeń. W tej kwestii zawsze się różniły. Potterówna godzinami zastanawiała się nad tym, co na siebie włożyć (dzięki, Merlinie i Nostradamusie, za szkolne mundurki i fakt, że dzięki temu zyskiwała dodatkowe dwie godziny życia), podczas gdy Longbottom - przynajmniej zdaniem Jane - wrzucała na siebie cokolwiek się napatoczyło pod rękę. Nie zdziwiłaby się, gdyby któregoś razu jej kuzynka wyszła do Hogsmeade w piżamie. A może to wcale nie było wyobrażenie?
- Komiksy? Masz na myśli te książki z obrazkami, które czytasz na historii magii? Myślę, że byłoby prościej, gdyby ich obrazy się ruszały. Odebrałoby im to przynajmniej połowę roboty - zauważyła, choć o ile dobrze pamiętała, mugole mogli sobie pozwolić na ruchome portrety tylko w tym wielkim pudełku, które stawiali pod ścianą. Wyglądało na dosyć ciężkie i raczej trudno byłoby jej ukryć pod szkolną ławką.
- Z rzepą jest taki problem, że mają tylko podstawowe szkolne składniki, a na zamówienie czeka się tygodniami. Nie zdążyłabym chyba do grudnia. Zielarka ma dostęp do wszystkiego w lesie, więc lepiej, jeśli pójdziemy do niej - wyjaśniła. Poza tym aktualny właściciel rzepy przyjaźnił się z jej ojcem, skoro spędzili siedem lat w jednym dormitorium i na pewno wspomniałby nawet mimochodem Marcusowi o zakupach córki. - A Miodowe Królestwo brzmi świetnie. Umieram z głodu - dodała szybko, bo miały ostatnią szansę, by skręcić w odpowiednim kierunku i trafić do sklepu ze słodyczami skrótem, dzięki czemu ominęłyby zatłoczony rynek.
- Podsłuchałam w skrzydle szpitalnym, jak żaliła się pielęgniarce, że przez nas wszystkich coraz szybciej się starzeje - dodała z wyjaśnieniem, skąd w ogóle w jej głowie zakorzenił się plan wykonania tego rodzaju prezentu pożegnalnego. Gdyby ktokolwiek inny wpadł na taki pomysł, McGonagall pewnie przeklęłaby go w spinacz do papieru. Jane miała jednak na tyle taktu, by nie wspominać nauczycielce, że specyfik miał zniwelować zmarszczki. - Wiesz, że któryś z trzeciorocznych Krukonów tak bardzo pomieszał składniki eliksirów, że wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu stracili węch? Akurat się napatoczyłam pielęgniarce, więc zaciągnęła mnie do pomocy w masowej produkcji antidotum.
Wiatr pojawiał się w porywach targających nie tylko krótkie włosy Brenny, ale i warkocz Jane. Oberwała nim po twarzy tyle razy, że w końcu zdesperowana wcisnęła go pod płaszcz. Dlaczego nie wzięła przykładu ze swojej kuzynki i nie złapała za szal, wychodząc z ich wspólnej sypialni? Ach, no tak, moda i dobry wygląd wymagają wyrzeczeń. W tej kwestii zawsze się różniły. Potterówna godzinami zastanawiała się nad tym, co na siebie włożyć (dzięki, Merlinie i Nostradamusie, za szkolne mundurki i fakt, że dzięki temu zyskiwała dodatkowe dwie godziny życia), podczas gdy Longbottom - przynajmniej zdaniem Jane - wrzucała na siebie cokolwiek się napatoczyło pod rękę. Nie zdziwiłaby się, gdyby któregoś razu jej kuzynka wyszła do Hogsmeade w piżamie. A może to wcale nie było wyobrażenie?
- Komiksy? Masz na myśli te książki z obrazkami, które czytasz na historii magii? Myślę, że byłoby prościej, gdyby ich obrazy się ruszały. Odebrałoby im to przynajmniej połowę roboty - zauważyła, choć o ile dobrze pamiętała, mugole mogli sobie pozwolić na ruchome portrety tylko w tym wielkim pudełku, które stawiali pod ścianą. Wyglądało na dosyć ciężkie i raczej trudno byłoby jej ukryć pod szkolną ławką.
- Z rzepą jest taki problem, że mają tylko podstawowe szkolne składniki, a na zamówienie czeka się tygodniami. Nie zdążyłabym chyba do grudnia. Zielarka ma dostęp do wszystkiego w lesie, więc lepiej, jeśli pójdziemy do niej - wyjaśniła. Poza tym aktualny właściciel rzepy przyjaźnił się z jej ojcem, skoro spędzili siedem lat w jednym dormitorium i na pewno wspomniałby nawet mimochodem Marcusowi o zakupach córki. - A Miodowe Królestwo brzmi świetnie. Umieram z głodu - dodała szybko, bo miały ostatnią szansę, by skręcić w odpowiednim kierunku i trafić do sklepu ze słodyczami skrótem, dzięki czemu ominęłyby zatłoczony rynek.