05.05.2024, 13:20 ✶
– Klątwą złota? Czy istnieje jakaś klątwa złota? Co ona miałaby robić? – zdziwiła się nieco Brenna, a potem wzruszyła lekko ramionami. – Lubię w to wierzyć. Że nimi byli. To czyni tę historię jeszcze smutniejszą, ale najlepsze historie muszą mieć w sobie trochę smutku.
Nie pociągnęła tematu czystej krwi, spuszczając wzrok na karty. Prewettowie należeli do tych rodzin, które nie pluły na mugolaków zwykle otwarcie, ale byli bardziej konserwatywni niż mniej i łatwo było się domyśleć, że Basilius może mieć mieszane odczucia na ten temat – którym jednak nie dałby pewnie wyrazu, choćby dlatego, że uzdrowicielowi w miejscu pracy nie wypadało. A Brenna, chociaż nigdy nie kryła, że w gronie jej przyjaciół są mugolaki, wiedziała, że pchając tym neutralnym rodzinom od razu wszystkie manifesty swoich bardzo radykalnych poglądów, może niektórych zniechęcić zamiast przekonać.
– Hej, może ja tak naprawdę mam szczęście, nie pecha? Wiesz, wychodzę z tych wszystkich dziwnych przygód żywa – odparła Brenna, odwracając kota ogonem. Miała przecież możliwość doświadczenia wielu takich wydarzeń, bo pierwsze, drugie i trzecie jej nie zabiło! A większość ludzi umierała przy tym pierwszym. – Zbierałam po prostu dużo ładnych piesków – stwierdziła bez mrugnięcia okiem na informację, że miała dobre karty. Bo i miała, ale cóż, raz się przegrywa, raz wygrywa. – Nie, to znaczy nie spróbowała mnie wsadzić do tego pieca. Ale wydawało mi się, że rozważa, czy to zrobić. To był bardzo wielki piec, a ona tak… zerkała. Na niego, na mnie, czułam się trochę nieswojo, zwłaszcza że wiesz, chatka na kurzej stopie. I bagno.
Chyba te poprzednie wizyty sprawiły, że Basilius zaczął dawać jej wiarę aż za łatwo – ewentualnie udawał, że daje wiarę – bo kiedy opowiedziała to Brygadzistom po odszukaniu drogi powrotnej, uznali, że uderzyła się w głowę. Nie upierała się więc o wspominaniu o tym w raportach…
Wyprostowała się gwałtownie, gdy usłyszała czyiś głos za drzwiami. Rozmawianie i granie z Basiliusem były naprawdę miłe, ale Brenna jednak chciała odzyskać kości.
– Utknęliśmy tutaj! Pan Ferdynand nas zatrzasnął – zawołała, czym prędzej zbierając się z podłogi. – Gdybyś mógł nas uwolnić, będziemy wdzięczni, tylko uwaga na łóżko i taśmy policyjne.
Ściana i drzwi numer dwa zdążyły zniknąć, taśmy jednak okazały się bardzo trwałe.
- …taśmy policyjne?
– Nieważne, alohomora, bardzo, bardzo ładnie proszę…
Drzwi po chwili szczęknęły. I w szparze między nimi a łóżkiem ukazała się zdziwiona twarz Octaviana.
– Cześć, Octavianie! – przywitała się Brenna, obdarzając go szerokim uśmiechem. Po głosie nie rozpoznała, po twarzy i wzroście też. – Będziesz tak miły i odstawisz czarem łóżko na swoje miejsce? Pan Prewett nie ma różdżki, a ja… ja nie mam kości. I bardzo chciałabym je odzyskać… – oświadczyła, unosząc dłoń, by zademonstrować obrażenia. A potem obróciła się na moment do Basiliusa. – To jednak trochę dziwny piątek trzynastego… – podsumowała tę ich dzisiejszą przygodę.
Nie pociągnęła tematu czystej krwi, spuszczając wzrok na karty. Prewettowie należeli do tych rodzin, które nie pluły na mugolaków zwykle otwarcie, ale byli bardziej konserwatywni niż mniej i łatwo było się domyśleć, że Basilius może mieć mieszane odczucia na ten temat – którym jednak nie dałby pewnie wyrazu, choćby dlatego, że uzdrowicielowi w miejscu pracy nie wypadało. A Brenna, chociaż nigdy nie kryła, że w gronie jej przyjaciół są mugolaki, wiedziała, że pchając tym neutralnym rodzinom od razu wszystkie manifesty swoich bardzo radykalnych poglądów, może niektórych zniechęcić zamiast przekonać.
– Hej, może ja tak naprawdę mam szczęście, nie pecha? Wiesz, wychodzę z tych wszystkich dziwnych przygód żywa – odparła Brenna, odwracając kota ogonem. Miała przecież możliwość doświadczenia wielu takich wydarzeń, bo pierwsze, drugie i trzecie jej nie zabiło! A większość ludzi umierała przy tym pierwszym. – Zbierałam po prostu dużo ładnych piesków – stwierdziła bez mrugnięcia okiem na informację, że miała dobre karty. Bo i miała, ale cóż, raz się przegrywa, raz wygrywa. – Nie, to znaczy nie spróbowała mnie wsadzić do tego pieca. Ale wydawało mi się, że rozważa, czy to zrobić. To był bardzo wielki piec, a ona tak… zerkała. Na niego, na mnie, czułam się trochę nieswojo, zwłaszcza że wiesz, chatka na kurzej stopie. I bagno.
Chyba te poprzednie wizyty sprawiły, że Basilius zaczął dawać jej wiarę aż za łatwo – ewentualnie udawał, że daje wiarę – bo kiedy opowiedziała to Brygadzistom po odszukaniu drogi powrotnej, uznali, że uderzyła się w głowę. Nie upierała się więc o wspominaniu o tym w raportach…
Wyprostowała się gwałtownie, gdy usłyszała czyiś głos za drzwiami. Rozmawianie i granie z Basiliusem były naprawdę miłe, ale Brenna jednak chciała odzyskać kości.
– Utknęliśmy tutaj! Pan Ferdynand nas zatrzasnął – zawołała, czym prędzej zbierając się z podłogi. – Gdybyś mógł nas uwolnić, będziemy wdzięczni, tylko uwaga na łóżko i taśmy policyjne.
Ściana i drzwi numer dwa zdążyły zniknąć, taśmy jednak okazały się bardzo trwałe.
- …taśmy policyjne?
– Nieważne, alohomora, bardzo, bardzo ładnie proszę…
Drzwi po chwili szczęknęły. I w szparze między nimi a łóżkiem ukazała się zdziwiona twarz Octaviana.
– Cześć, Octavianie! – przywitała się Brenna, obdarzając go szerokim uśmiechem. Po głosie nie rozpoznała, po twarzy i wzroście też. – Będziesz tak miły i odstawisz czarem łóżko na swoje miejsce? Pan Prewett nie ma różdżki, a ja… ja nie mam kości. I bardzo chciałabym je odzyskać… – oświadczyła, unosząc dłoń, by zademonstrować obrażenia. A potem obróciła się na moment do Basiliusa. – To jednak trochę dziwny piątek trzynastego… – podsumowała tę ich dzisiejszą przygodę.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.