05.05.2024, 21:26 ✶
Pożar-pożar-pożar. Krew-krew-krew. Życie-życie-życie. Czułem pożar, czułem przeogromny pożar w swoich ustach. Może niedawno się pożywiałem, ale starałem się to robić rzadko, jak najrzadziej, jak najmniej by Kim nie czuła się zanadto osłabiona. Mówiłem, że tyle wystarczy, bo obawiałem się, obawiałem się za każdym razem, że przesadzę, że jej się nie uda mnie odpędzić, że będzie koniec. Piłem rzadko i niewiele.
Starałem się nie dawać jej znaków, że jestem głodny, ale czasami wstępował we mnie kompletnie inny człowiek. Ta bestia, która we mnie drzemała, która tylko czekała na drobne przyzwolenie by się wgryźć. U niej nie musiałem za długo prosić. Dostawałem to, czego chciałem, ale... ale tu? Była nieco inna sytuacja?
Wcale nie. Człowiek jak człowiek. Czy pół, czy czystej krwi... Co to za różnica? Krew-krew-krew ostatecznie u każdego pewnie była taka sama. Spośród wszystkich moich ofiar... Ofiar? Może inaczej, spośród moich znajomych od krwi, każdy smakował tak samo. Różniło się jedynie opakowanie... Znaczy poziom zadbania tych osób? Tak, zadbania. Obycie. Ubiór. Zapach. Miejsce, które nagryzałem. Krew była ta sama. Krew była ciepła. Krew była pełna życia.
Tak, życia-życia-życia. Byłem pusty, nie miałem go w sobie, ale ta krew, ten drobny moment sprawi, że będę czuł lekkość, energię, wigor, światło, ciepło. Może nie usłyszę swego serca, ale będę je czuł. Przynajmniej tak będzie mi się zdawało... Nie-e, dokładnie tak będzie. Będę żyw, będę jak nowonarodzony. A kto wie? Może jak wypiję więcej, nakarmię odpowiednio klątwę, to na powrót stanę się człowiekiem...? Byłoby fajnie. Czemu by nie spróbować?
Takie piękne perspektywy, a ja z nimi walczyłem! Drżałem, bałem się, zarzekałem, a mogłem wziąć i przez chwilę chociaż poczuć ulgę. Czy to nie było warte swej ceny? Drobna chwila zapomnienia? Powrotu do dawnego Astarotha? Tego pełnego ciepła i radości?
A konsekwencje...? Co z konsekwencjami? Nie mogłem sobie na nie pozwolić, a przecież wiedziałem, byłem pewny, że nie dam rady się powstrzymać... Poza tym potrzebowałem zgody, żeby nie było to wbrew prawu... A co będzie, jeśli wszyscy się dowiedzą o tej tragedii ze mną w roli głównej? Będzie skandal.
Ale... Im bardziej próbujesz walczyć tym będzie ci trudniej - zaskakujące słowa, z ust kogoś tak płytkiego jak Laurent Prewett, a jednak tak trafne. Było mi trudniej. Z każdą kolejną sekundą to zdawało się wręcz nie do zniesienia, więc w końcu wydałem z siebie jęk przegranej, jednocześnie unosząc swoją głowę i szukając go spojrzeniem. Szybkim, dzikim, zdecydowanie chaotycznym. Szukałem go spojrzeniem. Charakterystyczne jasne włosy, niebieskie oczy, piękny, męski zapach, eleganckie ubranie, gesty godne panicza, przerażone spojrzenie, niepewność, ostrożność...
Przerażenie, niepewność, ostrożność...
Wpatrywałem się w niego z rozwartą gębą potwora. Para kłów lśniłaby, gdyby wpuścić tu trochę słońca, ale nie potrzebowałem promieni czerwcowego słońca by czuć pożar. Już nie płonęły mi dziąsła. Płonęła mi cała głowa, cały umysł, cały ja. Każda komórka mojego ciała domagała się krwi. Potrzebowałem tego, potrzebowałem cholernie. Zamiast jednak dorwać swoją ofiarę... znajomego... Wpatrywałem się, zastanawiając się, kim tak naprawdę byłem...? Czy może - czy gryźć, czy wpierw zapytać? Może gryźć, a potem udobruchać? Jeśli zapytam o przyzwolenie, to się nie zgodzi. Ale powinienem zapytać...
Wyciągnąłem rękę po różdżkę leżącą na stole, nie tracąc przy tym kontaktu wzrokowego z Laurentem. Faktycznie, jeśli zacznie uciekać, to lepiej było go powstrzymać. Nie mógł upuścić tego domu, tego mieszkania. Miał rację... Tak bym zrobił. Tak należało zrobić. Oddychałem głęboko. Wcale to nie umniejszało pożaru, jedynie pozwalało mi na odreagowanie tych wszystkich emocji, których wolałem w tej chwili nie czuć. Odłożyć je może na później, bo teraz miałem inne sprawy na głowie. Krew-krew-krew. Musiałem go namówić, że to dobry wybór, że tak będzie lepiej...? Albo chociaż na chwilę uśpić jego czujność, tak.
- Wydarzył się wypadek. Pewnej styczniowej nocy, stało się ze mną coś... Umarłem, a teraz jestem... wampirem i nie radzę sobie z tym zbyt dobrze, mimo że się staram, ale jak zaczynam o tym myśleć, jak próbuję z tym walczyć... To jest dokładnie tak jak mówisz - zauważyłem, w międzyczasie wstając ze swojego miejsca. Powoli. Tak powoli, jak poruszał się Laurent. Jak gdybyśmy byli w jednym spektaklu baletowym. Tym samym ruszyłem w jego kierunku. - I proszę cię, błagam, mogę błagać na kolanach, ale daj mi chociaż odrobinę... krwi. Za przyzwoleniem, bo nie chcę robić czegoś, czego później będę żałował. Czego oboje będziemy żałować... A jesteś taki..., że się nie mogę powstrzymać. Nie chcę się powstrzymywać. Nie mogę się już powstrzymywać - zacząłem mówić coraz szybciej, coraz chaotyczniej. Jeśli się nie zaofiaruje, jeśli nie wyciągnie w moim kierunku przedramienia, to najpewniej zakrwawię mu tę obrzydliwie drogą koszulę.
Rzucam na AF. Moje szanse na dorwanie się do Laurenta
Starałem się nie dawać jej znaków, że jestem głodny, ale czasami wstępował we mnie kompletnie inny człowiek. Ta bestia, która we mnie drzemała, która tylko czekała na drobne przyzwolenie by się wgryźć. U niej nie musiałem za długo prosić. Dostawałem to, czego chciałem, ale... ale tu? Była nieco inna sytuacja?
Wcale nie. Człowiek jak człowiek. Czy pół, czy czystej krwi... Co to za różnica? Krew-krew-krew ostatecznie u każdego pewnie była taka sama. Spośród wszystkich moich ofiar... Ofiar? Może inaczej, spośród moich znajomych od krwi, każdy smakował tak samo. Różniło się jedynie opakowanie... Znaczy poziom zadbania tych osób? Tak, zadbania. Obycie. Ubiór. Zapach. Miejsce, które nagryzałem. Krew była ta sama. Krew była ciepła. Krew była pełna życia.
Tak, życia-życia-życia. Byłem pusty, nie miałem go w sobie, ale ta krew, ten drobny moment sprawi, że będę czuł lekkość, energię, wigor, światło, ciepło. Może nie usłyszę swego serca, ale będę je czuł. Przynajmniej tak będzie mi się zdawało... Nie-e, dokładnie tak będzie. Będę żyw, będę jak nowonarodzony. A kto wie? Może jak wypiję więcej, nakarmię odpowiednio klątwę, to na powrót stanę się człowiekiem...? Byłoby fajnie. Czemu by nie spróbować?
Takie piękne perspektywy, a ja z nimi walczyłem! Drżałem, bałem się, zarzekałem, a mogłem wziąć i przez chwilę chociaż poczuć ulgę. Czy to nie było warte swej ceny? Drobna chwila zapomnienia? Powrotu do dawnego Astarotha? Tego pełnego ciepła i radości?
A konsekwencje...? Co z konsekwencjami? Nie mogłem sobie na nie pozwolić, a przecież wiedziałem, byłem pewny, że nie dam rady się powstrzymać... Poza tym potrzebowałem zgody, żeby nie było to wbrew prawu... A co będzie, jeśli wszyscy się dowiedzą o tej tragedii ze mną w roli głównej? Będzie skandal.
Ale... Im bardziej próbujesz walczyć tym będzie ci trudniej - zaskakujące słowa, z ust kogoś tak płytkiego jak Laurent Prewett, a jednak tak trafne. Było mi trudniej. Z każdą kolejną sekundą to zdawało się wręcz nie do zniesienia, więc w końcu wydałem z siebie jęk przegranej, jednocześnie unosząc swoją głowę i szukając go spojrzeniem. Szybkim, dzikim, zdecydowanie chaotycznym. Szukałem go spojrzeniem. Charakterystyczne jasne włosy, niebieskie oczy, piękny, męski zapach, eleganckie ubranie, gesty godne panicza, przerażone spojrzenie, niepewność, ostrożność...
Przerażenie, niepewność, ostrożność...
Wpatrywałem się w niego z rozwartą gębą potwora. Para kłów lśniłaby, gdyby wpuścić tu trochę słońca, ale nie potrzebowałem promieni czerwcowego słońca by czuć pożar. Już nie płonęły mi dziąsła. Płonęła mi cała głowa, cały umysł, cały ja. Każda komórka mojego ciała domagała się krwi. Potrzebowałem tego, potrzebowałem cholernie. Zamiast jednak dorwać swoją ofiarę... znajomego... Wpatrywałem się, zastanawiając się, kim tak naprawdę byłem...? Czy może - czy gryźć, czy wpierw zapytać? Może gryźć, a potem udobruchać? Jeśli zapytam o przyzwolenie, to się nie zgodzi. Ale powinienem zapytać...
Wyciągnąłem rękę po różdżkę leżącą na stole, nie tracąc przy tym kontaktu wzrokowego z Laurentem. Faktycznie, jeśli zacznie uciekać, to lepiej było go powstrzymać. Nie mógł upuścić tego domu, tego mieszkania. Miał rację... Tak bym zrobił. Tak należało zrobić. Oddychałem głęboko. Wcale to nie umniejszało pożaru, jedynie pozwalało mi na odreagowanie tych wszystkich emocji, których wolałem w tej chwili nie czuć. Odłożyć je może na później, bo teraz miałem inne sprawy na głowie. Krew-krew-krew. Musiałem go namówić, że to dobry wybór, że tak będzie lepiej...? Albo chociaż na chwilę uśpić jego czujność, tak.
- Wydarzył się wypadek. Pewnej styczniowej nocy, stało się ze mną coś... Umarłem, a teraz jestem... wampirem i nie radzę sobie z tym zbyt dobrze, mimo że się staram, ale jak zaczynam o tym myśleć, jak próbuję z tym walczyć... To jest dokładnie tak jak mówisz - zauważyłem, w międzyczasie wstając ze swojego miejsca. Powoli. Tak powoli, jak poruszał się Laurent. Jak gdybyśmy byli w jednym spektaklu baletowym. Tym samym ruszyłem w jego kierunku. - I proszę cię, błagam, mogę błagać na kolanach, ale daj mi chociaż odrobinę... krwi. Za przyzwoleniem, bo nie chcę robić czegoś, czego później będę żałował. Czego oboje będziemy żałować... A jesteś taki..., że się nie mogę powstrzymać. Nie chcę się powstrzymywać. Nie mogę się już powstrzymywać - zacząłem mówić coraz szybciej, coraz chaotyczniej. Jeśli się nie zaofiaruje, jeśli nie wyciągnie w moim kierunku przedramienia, to najpewniej zakrwawię mu tę obrzydliwie drogą koszulę.
Rzucam na AF. Moje szanse na dorwanie się do Laurenta
Rzut PO 1d100 - 35
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut PO 1d100 - 48
Sukces!
Sukces!