Pokiwał zaskoczony głową, gdy przywołał nazwisko Lupin. Chyba nie powinien być aż tak zdziwiony. W kręgach medycznych była to dosyć znana rodzina, a skoro klątwołamacz musiał mieć na podorędziu różnej maści specyfiki, to wiedza na temat kontaktów tego typu bywała dosyć przydatna. Zanim przeszli do następnej kwestii, napomknął o tym, że może mu dać kontakt do kogoś z tego rodu.
— Cóż, jest to jakiś argument — przyznał z niechęcią.
Nie mógł go wyjątkowo łatwo zbić, bez umniejszania samemu sobie, a do tego nie miał zamiaru się posuwać. Może i znali się przez Brennę, ale nie oznaczało to, że byli bardzo bliskimi przyjaciółmi, więc mimo wszystko nie miał zamiaru kreować się na słabszego, niż był w rzeczywistości. Poza tym, znając siostrę, Erik był przekonany, że wyprowadziła z Brygady parę plotek na temat jego kariery w służbach. Do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów nie brali byle kogo.
— Przedstawiasz niebezpieczne koncepcje, ale przynajmniej potrafisz je poprzeć w miarę logicznymi wnioskami. Mówisz, ze sporą pewnością siebie, a to mnie nieco martwi — mruknął, bębniąc palcami o obicie fotela. Jak daleko byłby w stanie się posunąć, aby osiągnąć odpowiednie efekty? Czy gdyby reszta jego zespołu odmówiła wdrożenia jego pomysłu w życiu, zrobiłby to w tajemnicy przed nimi? Z drugiej strony, jeśli chodziło o leczenie klątwy, pokazał, że zależy mu na uzyskaniu pozwolenia od osoby zainteresowanej. Czy za bardzo analizował jego zachowanie? — Chociaż muszę przyznać, że idea całego zespołu uzdrowicieli jest dobrym pomysłem. Przynajmniej ten aspekt masz przemyślany i dopracowany.
Zacisnął usta w wąską linię. Plan ten nie był pozbawiony wad, jednak nie wydawał się aż tak lekkomyślny, im dłużej się o nim rozmawiało. Niepewności ustępowały miejsca wyklarowanym planom, a niedopowiedzenia stawały się czymś, co zniknie wraz z każdą kolejną fazą wdrażania planu w życie. Może jednak coś w tym jest?, pomyślał z niemałą zgrozą.
— W tym momencie, nie zaprzeczam temu, że to niemożliwe. Po prostu twierdzę, że to niebezpieczne. Potencjalna nagroda, co ważne możliwe, że nieosiągalna, może być też dosyć szybko przyćmiona przez wszelkie komplikacjami i konsekwencje lekkomyślnych działań — odparł, nic sobie nie robiąc z tonu Castiela, utrzymując względnie zrównoważony ton głosu. Gdyby nie mocniejsze akcenty stawiane na słowa takie jak „niemożliwe”, „niebezpieczne” czy „komplikacje”, można by odnieść wrażenie, że o badaniach mówi z takim zaangażowaniem, jakby dyskutowali o pogodzie za oknem.
Wychwycił też, że chłopak zaczął automatycznie brać go pod uwagę w swoich planach. To my możemy to zrobić, to my mamy odpowiednie ku temu predyspozycje. Ewidentnie chciał wziąć go pod włos i przekonać, że faktycznie mogą osiągnąć sukces. Pomimo wieloletniego doświadczenia w dyskusjach z najróżniejszymi ludźmi, Erik musiał przyznać, że oddziaływało to na jego ambicję, jak i ego. Perspektywa współpracy z dużym zespołem pełnym wykwalifikowanych specjalistów również sprawiła, że postrzegał tę kwestię w nieco jaśniejszych barwach. Przejście jednak z czerni w ciemny odcień szarości nie było wielkim sukcesem.
Westchnął cicho, opróżniając do końca filiżankę herbaty. Cóż, nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Musiał to wszystko przemyśleć, najlepiej w zaciszu własnego pokoju, chociaż miał wrażenie, że nie jest to sprawa, dla której będzie w stanie po prostu wygospodarować godzinę dziennie, aby ją przeanalizować. Będzie go nęciła, dręczyła, aż w końcu się złamie i powie o wszystkim siostrze, gdy sam ukształtuje jakąś konkretną opinię na ten temat.
— Obawiam się, że na mnie już czas — poinformował po chwili, wstając z fotela. Skłonił lekko głowę przed młodym Flintem. — Dziękuję za herbatę. I za badanie. Za rozmowę w sumie również. Tak jak wspominałem, pomyślę, czy czuje się z tym wystarczająco komfortowo i odezwę się za jakiś czas. Jeśli klątwa nagle zacznie szaleć, to też się zgłoszę. Miłego popołudnia, Castielu.
Raz jeszcze skłonił głowę przed blondynem i ruszył w stronę wyjścia, lub pozwolił, aby gospodarz go odprowadził. Gdy był już na zewnątrz, pokręcił z niedowierzaniem głową, chociaż już miał wrażenie, że pierwsze ziarenka zainteresowania zaczęły kiełkować w jego umyśle. Ugh, w co on się wpakował. Erik teleportował się z cichym trzaskiem po opuszczeniu działki Flintów, kierując się prosto do rodzinnej posiadłości w Dolinie Godryka.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞