Jak wiele kwiatów trzeba powąchać nim stwierdzisz, że nie każdy pachnie tak samo? Jak wiele jabłek zjeść, by zauważyć, że każdy smakuje inaczej? A może nie? Krew jak krew - czerwona, gęsta, gorąca, pragnąca wydostać się prosto do ust Yaxleya. To taki mały błąd tego matrixa - boisz się, więc krew płynie szybciej, więc adrenalina daje ci więcej energii, a ta energia zasili potem mięśnie wampira. Nie mógł żyć sam, więc kradł energię innych. Taka była cena opłacana za nieśmiertelność - wieczny głód i wieczne cierpienie, które będzie pożarem samym w sobie. Woda go nie ugasi. Ugasi go tylko czerwień - ta, która ponoć smakowała zawsze tak samo. Zawsze... czyli kiedy? Jak smakuje krew tych, którzy byli odporni na ogień? Jak smakowała krew tych, którzy czarowali całe tłumy i nie można było od nich oderwać oka? Jaki posmak będzie miała krew malarzy, którzy tworzyli ruchome dzieła, a jak tych, którzy potrafili spojrzeć na ludzkie relacje i dostrzec kolorowe nici? Ostatnią rzeczą, jaką Laurent miał teraz w głowie to pytanie, jak smakuje krew, która nie była ludzka. W której płynął dar zmiennokształtności, czarowała głosem, wsłuchiwała się w głos oceanu i jezior. To, o czym myśleć mógł to o tym, że istota przed nim krwi nie posiada, a może nawet jest złączona z kilku elementów swojego własnego ciała, bo rozpadła się w procesie śmierci. Niebezpieczna jednostka, która pragnie pożerać. Nie, nie potrzeba było tutaj światła, żeby to teraz widzieć - nawet nie błysk jego kłów, a błysk jego wygłodniałych oczu. Obsesyjne i mocne wpatrywanie się w człowieka powinno rozpalać - dzielić się pożarem. I rozpalało i płomienie lizały skórę. To nie był tylko ten dobry rodzaj rozpalenia. Brakowało przyjemności na skórze, była tylko gwałtowność myśli ciała o tym, że powinieneś uciekać. Szczególnie, gdy Bestia podniosła głowę i Otchłań odpowiedziała spojrzeniem.
Głowę trzymał nisko, a krok w tył został dopełniony kiedy starły się ich spojrzenia. Drapieżnik na łowach - da się to inaczej opisać? Drapieżnik, który szarpał siebie samego, rozrywał na kawałki, cierpiał i wił się do takiego stopnia, że poza ucieczką powstawała potrzeba podejścia, by podzielić się ciepłem ciała. Niekoniecznie ciepłem krwi. Dłoń na ramieniu cokolwiek zmieni? Oj nie, oczywiście, że nie. Bliskość tylko pogrąży wszystko bardziej. Łatwo mówić - "chcę ci pomóc". Mówisz więc, czego potrzebujesz i nagle okazuje się, że ta chęć pomocy przygasała. Mogłem ci pomóc, ale chcesz za dużo, więc już zastanowię się nad tym czwarty i piąty raz. Tutaj nie było się już nad czym zastanawiać pod tym kątem - należało uciec do drzwi, gdzie było bezpiecznie. Bo pod okno? Ha... ciekawe, czy pierwsza wróciłaby Geraldine i pomogła, czy jednak słońce by zaszło. Kaganiec opadłby z pyska Bestii.
Naprostował się jak struna, kiedy błysnęły kły i niepewność, z kim ma do czynienia, rozwiała się na boki. Zadrżał lekko. Każdy jeden gest, każdy ten wykalkulowany ruch - niczego takiego nie było w Astarothcie. Szarpnięcia, zwierzęce dźwięki płynące z jego gardzieli, gwałt na człowieczeństwie poczyniony przez okrucieństwo sprowadzenia żywego zza światów. Ta bestia chciała jeść, a jego obiad stał kilka kroków od niego. Laurent spojrzał w kierunku drzwi wyjściowych kalkulując swoje możliwości wygrania tego żałosnego pościgu i oparł dłoń na rękojeści swojej różdżki, gotów w każdej chwili ją wyciągnąć. Nie chciał. Nie znaczyło to, że by się zawahał w razie czego.
Wstał. Laurent zrobił kolejny krok w tył, tym razem nie aż taki wolny jak poprzedni, ale nadal wolny. Wyciągnięcie różdżki było jeszcze gorszym znakiem, który zatrzymał na moment oddech w jego płucach, które i tak przyśpieszyły swojej pracy. Niedobre połączenie. Walące serce, problem z tlenem, stres sprawiający, że Laurentowi już lekko drżały ręce. Opanuj się. Niedobre połączenie, bo klarowność myśli potrafiła zanikać i za łatwo było stracić oddech z płuc. Jeden krok Astarotha równał się jednemu krokowi Laurenta, który zaczął okrążać to skupisko mebli w postaci stolika i kanap z fotelami, które chociaż trochę jeszcze przed momentem ich dzieliły. Teraz to była kwestia paru kroków. Złudne wrażenie, że to czemukolwiek pomoże. Czy Astaroth był jeszcze w ogóle sobą? Bo nie wyglądało na to. Szaleństwo płonęło w jego oczach. Bestia. Jego Bestia chciała krwi. I najwyraźniej nie obchodziło ją to, jak ją zdobędzie.
- Spotkało cię coś bardzo niesprawiedliwego. - Powiedział tak samo ściśniętym głosem. Nie było w nim jednak teraz wystarczająco miejsca na współczucie wobec Astarotha i tego, co nim targało.
Gra na emocjach, szantaż - ten fizyczny i emocjonalny - próba wzbudzenia współczucia, a może to był po prostu smutny człowiek, który nie potrafił sobie poradzić z tym, co go spotkało. Nie miało to najmniejszego znaczenia. Był głodną Bestią, a on jego chodzącym workiem z krwią. Nie chcę robić czegoś, czego później będę żałował - wymówka, wytłumaczenie, część tego błagania? Selkie nie zatrzymał się, ale też nie rzucił do ucieczki. Za to automatycznie szarpnął za różdżkę, kiedy Astaroth skoczył do przodu, ale to było dla niego znów niezrozumiałe dla oka mignięcie. Już jest. Laurent szarpnął się raz i drugi, ale niewiele to dało. Trząsł się w zimnych ramionach.
- Shhh... spokojnie. - Zadrżał mu głos, tak jak drżały mu dłonie, które oparł na mężczyźnie. - Będzie ci lepiej. - Delikatnie pogładził go po plecach. - Będziesz mógł się kontrolować. - Myśli zlewały mu się w jedno i mówił teraz do niego tak samo, jak przemawiał do rozumnych istot magicznych, których agresję należało ukoić, zupełnie automatycznie i bez przemyślenia. - Ostrożnie. Powoli. - Wcale nie chciał tego robić. W ogóle nie chciał. Był przerażony.