05.05.2024, 23:44 ✶
Jego woń otumaniała ją bez reszty. Objęcie zdawało się kojące i bezpieczne, jak ciepłe promienie słońca, gdy pod sobą miało się bele siana, gdy obok był ktoś, komu można zaufać. Było to tak drastycznie odmienne od wizji, których doświadczała w Lecznicy, że poczuła w sobie gwałtowną potrzebę zatrzymania Isaaca na dłużej, jako źródła tej idylli, którą ze sobą przyniósł. Wtuliła się mocniej, splotła szczupłe ramiona na jego plecach, otarła się kilkukrotnie, niepomna na to, że nie rozmawiali tyle lat. Niepomna na to, że nigdy nie okazała mu tego typu czułostki nawet wtedy, gdy spędzali ze sobą stanowczo więcej czasu w dziwnym układzie młodzieńczych napięć i tęsknot. To wszystko nie miało znaczenia, bo żyła tylko tu i teraz, żyła tylko w tym ciepłym, kojącym miejscu, które było piękne i wolne od zmartwień.
Mruczała coś niezrozumiale w odpowiedzi, najprawdopodobniej potwierdzała, że jest odwiedzana i ze nie, nie tylko brat przekraczał jej próg. Właściwie, przez te niespełna dwa miesiące pojawiło się tu całkiem sporo znanych twarzy. Wszystkie zmartwiałe, silące się na uśmiech, udające. Isaac był pod tym względem inny, lepki jak miód i równie słodki, choć zapewne oboje nie byli świadomi skąd ów magnetyzm infekował umysł Millie. Millie, która nie wypuszczała go z rąk, wciąż niespiesznie łasząc się i głaskając go po plecach.
– Nie piję ja... mm... biorę leki wiesz, żeby myśleć trochę wolniej i trochę mniej boleśnie mówił mi lekarz. – Oddychała głęboko myśląc o sianokosach, myśląc o wakacjach spędzonych w Dolinie w zupełnie innych okolicznościach. O pomoście nad jeziorem, o śmiechach i wędce, której nigdy nie potrafiła używać. – więc... jestem grzeczna, powinnam dostać wcześniejsze wypuszczenie za dobre sprawowanie.
Wszystko miało się ku temu, nawet jeśli wnętrze dłoni wciąż było rozorane ołówkiem i goiło się zbyt wolno. Teraz jednak, a może właśnie po tym incydencie, zrozumiała, że trzeba udawać, że nikt nie oczekuje od niej szczerości, a poprawy wyników, dobrych efektów podjętej terapii. Lubiła rysowanie, brała leki, jadła. Była miła dla innych. Nawet nie przeklinała. I tylko szkicownik znał kłębiącą się pod skórą frustrację, tylko szkicownik wiedział, że to maska karmiona pragnieniem wolności.
– Bal brzmi zabawnie. Wyobrażasz sobie mnie na balu? Chyba tylko jako Maleficentę! – sarknęła, kreśląc wzory na jego skórze, wciąż nie patrząc mu w twarz, a po prostu czując go, chłonąc.
Mruczała coś niezrozumiale w odpowiedzi, najprawdopodobniej potwierdzała, że jest odwiedzana i ze nie, nie tylko brat przekraczał jej próg. Właściwie, przez te niespełna dwa miesiące pojawiło się tu całkiem sporo znanych twarzy. Wszystkie zmartwiałe, silące się na uśmiech, udające. Isaac był pod tym względem inny, lepki jak miód i równie słodki, choć zapewne oboje nie byli świadomi skąd ów magnetyzm infekował umysł Millie. Millie, która nie wypuszczała go z rąk, wciąż niespiesznie łasząc się i głaskając go po plecach.
– Nie piję ja... mm... biorę leki wiesz, żeby myśleć trochę wolniej i trochę mniej boleśnie mówił mi lekarz. – Oddychała głęboko myśląc o sianokosach, myśląc o wakacjach spędzonych w Dolinie w zupełnie innych okolicznościach. O pomoście nad jeziorem, o śmiechach i wędce, której nigdy nie potrafiła używać. – więc... jestem grzeczna, powinnam dostać wcześniejsze wypuszczenie za dobre sprawowanie.
Wszystko miało się ku temu, nawet jeśli wnętrze dłoni wciąż było rozorane ołówkiem i goiło się zbyt wolno. Teraz jednak, a może właśnie po tym incydencie, zrozumiała, że trzeba udawać, że nikt nie oczekuje od niej szczerości, a poprawy wyników, dobrych efektów podjętej terapii. Lubiła rysowanie, brała leki, jadła. Była miła dla innych. Nawet nie przeklinała. I tylko szkicownik znał kłębiącą się pod skórą frustrację, tylko szkicownik wiedział, że to maska karmiona pragnieniem wolności.
– Bal brzmi zabawnie. Wyobrażasz sobie mnie na balu? Chyba tylko jako Maleficentę! – sarknęła, kreśląc wzory na jego skórze, wciąż nie patrząc mu w twarz, a po prostu czując go, chłonąc.