06.05.2024, 00:41 ✶
Trudno było nie uwikłać się bezpośrednio w toczący się obecnie w kraju konflikt, gdy większość twojej własnej rodziny i spore grono przyjaciół i współpracowników tkwiło po pachy w interesach organizacji walczącej z terrorystami. Wbrew pozorom Erik nie był jednym z pierwszych nabytków Zakonu Feniksa, chociaż dołączył do niego w pierwszych kilku tygodniach istnienia tego ugrupowania. Palmę pierwszeństwa zdecydowanie przejęły wówczas osoby pokroju Brenny, Nory czy Patricka. Longbottom z początku nawet nie wierzył własnej siostrze, gdy ta opowiadała o zawiązującej się współpracy między spragnionymi sprawiedliwości czarodziejami i czarownicami. Dopiero panna Figg musiała wskazać mu drogę do Patricka, który poniekąd otworzył przed nim na oścież drzwi Strażnicy.
Wielokrotnie zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby tamtej zimy nie dociekał w to, co robili jego znajomi i zostawił Brennę samej sobie, zbywając jej doniesienia. Czy to powstrzymałoby ją przed tym, aby zaangażować go w działania organizacji? A może jedynie opóźniłoby nieuniknione? Chociaż detektyw Brygady Uderzeniowej nie wiedział zbyt wiele na temat wróżbiarstwa, tak poniekąd wierzył w bóstwa, a więc i siły wyższe, które mogły jakoś wpłynąć na życie zwykłych ludzi. Niektórzy co rusz napotykali na swej drodze kłody utrudniające im codzienne życie, podczas gdy inni napawali się ciszą i spokojem. A jeszcze co poniektórzy byli pchani przez los w bardzo konkretnym kierunku. Może tak po prostu miało być? Może nigdy nie było odwrotu przed tym, aby wylądować na tej ścieżce?
— Oboje mamy pracę. — Zmarszczył brwi, gdy Anthony odwołał się do jednego z jego listów. Wyczuł napięcie w jego głosie, chociaż nie potrafił odczytać, co dokładnie było powodem zmiany jego nastroju. Wspomnienia? A może miał mu za złe to, że nie był w stanie wówczas postawić Brygady Uderzeniowej i Zakonu Feniksa niżej niż własne zachcianki? — Nie wiedzieliśmy nawet, z czym się mierzymy. Manifest Czarnego Pana, manifestem Czarnego Pana, ale nikt na dobrą sprawę nie wiedział, co pokażą Śmierciożercy i jak szybko to wszystko się zaogni. — Przełknął głośno ślinę. — To byłoby niesprawiedliwe, gdyby coś się stało pod moją nieobecność.
Z perspektywy czasu... Nie było najgorzej. Czuł się okropnie z tą myślą z uwagi na to, że ludzie w końcu nawet wtedy swoje wycierpieli. Stracili pieniądze, biznesy, zdrowie a w niektórych przypadkach nawet i życie. Jednak wówczas działania Śmierciożerców przywodziły na myśl akcje partyzanckie; ograniczone w swej skali, chociaż efektywne w samym wykonaniu. Z tym było łatwiej walczyć niż z czymś pokroju ataku na Polanę Ognisk. To, czego się obawiał, gdy odmówił Shafiqa, ziściło się dopiero parę lat później. Gdyby wiedział, że ewolucja konfliktu będzie następowała tak powoli, może postąpiłby inaczej. Poszedłby z samym sobą na pewne ustępstwa. Erik z przeszłości nie mógł być jednak wzbogacony o doświadczenia, wiedzę i perspektywę Erika z 1972 roku. Taki już był świat.
— Kwestia wprawy. Nie ma nic złego w tym, że popełnisz parę pomyłek początkującego. Nikt by cię za to nie winił. Dopiero się uczysz posługiwać ostrzem — odparł ze spokojem, tak jak miał w zwyczaju przemawiać do młodszych Brygadzistów, którzy nie potrafili się z początku odnaleźć w strukturach Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. — Zaczniesz zbierać cęgi, dopiero gdy będziesz odmawiać naprawienia tych pomyłek i pozwolisz, aby przerodziły się w błędy, które wejdą ci w nawyk. Wtedy staną się bardzo trudne do wyplenienia. — Pokiwał powoli głową. — A problemów z obecnością nigdy nie miałem. I mam na to wszystko papiery. Może nie jest to stuprocentowa obecność, ale kiedy faktycznie trzeba się gdzieś zjawić, to tam jestem.
Gdy Anthony zabrał wino ze stołu i ruszył w stronę łóżka, Erik zamarł na moment, jednak po chwili ruszył w jego ślady. Zamiast jednak od razu przysiąść na miękkim materacu, oparł się o ramę łóżka w jego nogach, przyglądając się, jak jego gospodarz zajada się kolejnymi przekąskami. Miał dziwne wrażenie, że nagle zrobił się nieco nerwowy: to miotanie się z kąta w kąt od sofy od sekretarzyka i do łóżka, jakby nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. A może pierwszy szok po znalezieniu Longbottoma w ogrodzie zaczął zanikać, a jego obecność zaczęła mu nagle ciążyć? Denerwować? Martwić?
— Istnieje coś takiego, jak synonim, wiesz? Nie trzeba wszystkiego tłumaczyć słowo w słowo. W wielu przypadkach to nieeleganckie — napomknął Erik, wsuwając się w końcu na łóżko od drugiej strony. Rozsiadł się w pozycji półsiedzącej i podciągnął ostrożnie kołdrę mniej więcej w okolice pasa, uważając, aby nie strącić tacy na podłogę. — Château to zamek, jeśli mnie pamięć nie myli, prawda? Może spróbuj czegoś innego: cytadela, forteca, twierdza, pałac, fort. Tylko dlatego, że nazwiesz każdą swoją posiadłość tak samo, nie znaczy, że ktoś od razu ją powiążę z tobą. — Nachmurzył się. — Na dobrą sprawę to też odziera cię z prywatności. Łatwo zidentyfikować twoje włości, panie Shafiq, skoro nazywasz je za każdym razem tak samo.
Położył swobodnie dłonie na kolanach, szarpiąc delikatnie materiał kołdry, aby przyzwyczaić się do jej tekstury i miękkości.
Wielokrotnie zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby tamtej zimy nie dociekał w to, co robili jego znajomi i zostawił Brennę samej sobie, zbywając jej doniesienia. Czy to powstrzymałoby ją przed tym, aby zaangażować go w działania organizacji? A może jedynie opóźniłoby nieuniknione? Chociaż detektyw Brygady Uderzeniowej nie wiedział zbyt wiele na temat wróżbiarstwa, tak poniekąd wierzył w bóstwa, a więc i siły wyższe, które mogły jakoś wpłynąć na życie zwykłych ludzi. Niektórzy co rusz napotykali na swej drodze kłody utrudniające im codzienne życie, podczas gdy inni napawali się ciszą i spokojem. A jeszcze co poniektórzy byli pchani przez los w bardzo konkretnym kierunku. Może tak po prostu miało być? Może nigdy nie było odwrotu przed tym, aby wylądować na tej ścieżce?
— Oboje mamy pracę. — Zmarszczył brwi, gdy Anthony odwołał się do jednego z jego listów. Wyczuł napięcie w jego głosie, chociaż nie potrafił odczytać, co dokładnie było powodem zmiany jego nastroju. Wspomnienia? A może miał mu za złe to, że nie był w stanie wówczas postawić Brygady Uderzeniowej i Zakonu Feniksa niżej niż własne zachcianki? — Nie wiedzieliśmy nawet, z czym się mierzymy. Manifest Czarnego Pana, manifestem Czarnego Pana, ale nikt na dobrą sprawę nie wiedział, co pokażą Śmierciożercy i jak szybko to wszystko się zaogni. — Przełknął głośno ślinę. — To byłoby niesprawiedliwe, gdyby coś się stało pod moją nieobecność.
Z perspektywy czasu... Nie było najgorzej. Czuł się okropnie z tą myślą z uwagi na to, że ludzie w końcu nawet wtedy swoje wycierpieli. Stracili pieniądze, biznesy, zdrowie a w niektórych przypadkach nawet i życie. Jednak wówczas działania Śmierciożerców przywodziły na myśl akcje partyzanckie; ograniczone w swej skali, chociaż efektywne w samym wykonaniu. Z tym było łatwiej walczyć niż z czymś pokroju ataku na Polanę Ognisk. To, czego się obawiał, gdy odmówił Shafiqa, ziściło się dopiero parę lat później. Gdyby wiedział, że ewolucja konfliktu będzie następowała tak powoli, może postąpiłby inaczej. Poszedłby z samym sobą na pewne ustępstwa. Erik z przeszłości nie mógł być jednak wzbogacony o doświadczenia, wiedzę i perspektywę Erika z 1972 roku. Taki już był świat.
— Kwestia wprawy. Nie ma nic złego w tym, że popełnisz parę pomyłek początkującego. Nikt by cię za to nie winił. Dopiero się uczysz posługiwać ostrzem — odparł ze spokojem, tak jak miał w zwyczaju przemawiać do młodszych Brygadzistów, którzy nie potrafili się z początku odnaleźć w strukturach Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. — Zaczniesz zbierać cęgi, dopiero gdy będziesz odmawiać naprawienia tych pomyłek i pozwolisz, aby przerodziły się w błędy, które wejdą ci w nawyk. Wtedy staną się bardzo trudne do wyplenienia. — Pokiwał powoli głową. — A problemów z obecnością nigdy nie miałem. I mam na to wszystko papiery. Może nie jest to stuprocentowa obecność, ale kiedy faktycznie trzeba się gdzieś zjawić, to tam jestem.
Gdy Anthony zabrał wino ze stołu i ruszył w stronę łóżka, Erik zamarł na moment, jednak po chwili ruszył w jego ślady. Zamiast jednak od razu przysiąść na miękkim materacu, oparł się o ramę łóżka w jego nogach, przyglądając się, jak jego gospodarz zajada się kolejnymi przekąskami. Miał dziwne wrażenie, że nagle zrobił się nieco nerwowy: to miotanie się z kąta w kąt od sofy od sekretarzyka i do łóżka, jakby nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. A może pierwszy szok po znalezieniu Longbottoma w ogrodzie zaczął zanikać, a jego obecność zaczęła mu nagle ciążyć? Denerwować? Martwić?
— Istnieje coś takiego, jak synonim, wiesz? Nie trzeba wszystkiego tłumaczyć słowo w słowo. W wielu przypadkach to nieeleganckie — napomknął Erik, wsuwając się w końcu na łóżko od drugiej strony. Rozsiadł się w pozycji półsiedzącej i podciągnął ostrożnie kołdrę mniej więcej w okolice pasa, uważając, aby nie strącić tacy na podłogę. — Château to zamek, jeśli mnie pamięć nie myli, prawda? Może spróbuj czegoś innego: cytadela, forteca, twierdza, pałac, fort. Tylko dlatego, że nazwiesz każdą swoją posiadłość tak samo, nie znaczy, że ktoś od razu ją powiążę z tobą. — Nachmurzył się. — Na dobrą sprawę to też odziera cię z prywatności. Łatwo zidentyfikować twoje włości, panie Shafiq, skoro nazywasz je za każdym razem tak samo.
Położył swobodnie dłonie na kolanach, szarpiąc delikatnie materiał kołdry, aby przyzwyczaić się do jej tekstury i miękkości.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞