06.05.2024, 12:24 ✶
Oddychał powoli. Pomagały mu w tym głównie papierosy, bo ten kojący głos oprócz rozpalania jego serca przypominał mu też, jakim potrafił być bezczelnym gnojkiem. Oto recepta na życiowe problemy Flynna Bella: porzuć kogoś na kilka lat i wmawiaj sobie, że jego życie jest teraz sto razy lepsze, bo nie chciałeś rujnować mu tego, co sobie zbudował. Następnie, kiedy do ciebie wróci, spróbuj w dwa tygodnie obrócić to co sobie zbudował do góry nogami, bo to, co oferował ci wcześniej, przestawało ci wystarczać. To było wygodne kiedy wisiał nad nim ciężki bat, nie kiedy mógłby eksplorować to głębiej. Ale wiedział też i docierało to do niego ze zdwojoną siłą, bo Bletchley dał mu na to czas - on był po prostu niewdzięczny. Miał przy sobie człowieka, który na przekór własnym przyzwyczajeniom, uczył się go na pamięć i próbował uczynić go szczęśliwym w granicach tego jak funkcjonował. Nikt nigdy, nawet Alexander, którego wynosił na piedestał, nie zauważał jego potrzeb tak szybko. Wystarczyło odburknąć coś przy nim raz, a on otulał go jak pierzyna. Dwa pieprzone tygodnie. A on jak zawsze nie zauważył nawet tego, w jakim tempie mijał czas. Czasami wydawało mu się, że wyczekuje czegoś miesiącami, a minęło zaledwie kilka dni. Czasami wciągał się w coś tak bardzo, że nagle robiło się zimno, a on nie rozumiał dlaczego, bo nie zarejestrował momentu, w którym przyszła jesień. Zauważył to w sobie dopiero po powrocie do Fantasmagorii, gdzie nagle musiał sam zarządzać własnym kalendarzem i poległ w tym zupełnie. Teraz... Znowu z tym wszystkim nabroił. Nie powinien z nim wtedy flirtować. Nie powinien przynosić mu kart do gry i czekoladek. Nie powinien go tutaj zapraszać. Każdy by mu to powiedział - nie powinieneś, ale on wszędzie, w każdym tym zdaniu widział tak, tak, tak i tak, jeżeli tylko nagrodą miało być proste w chuj się cieszę.
Uśmiechnął się, kiedy Bletchley się zgodził. Szczególnie że się tego zwyczajnie nie spodziewał. Zbliżył się jeszcze bardziej na przekór gnębiącemu go gorącu, ale tylko po to, żeby pocałować go w policzek.
- Jesteś kochany. Pod żadnym warunkiem nie myśl, że chcę, żebyś koniecznie zrobił to dzisiaj - powiedział i odsunął się już trochę, ale nie całkowicie. - Mistrzem dancingu mogę być ja. - Spróbował się zaśmiać, z tego niedźwiedzia też, ale widać po nim było, że dopiero odzyskiwał nastrój do robienia sobie żartów. Zamiast ciągnąć ich temat, albo rzucić zaczepnym już chyba złapałeś, że umiem ładnie kręcić biodrami, wciąż go dotykał. Sunął palcami od miejsca, na którym przed chwilą go ściskał, do innych śladów własnej obecności i łatwo było po nim odczytać, że się tym chełpi. Tego typu zadrapania i siniaki mógł oglądać na nim codziennie, bez choćby cienia wstydu. Coś mogło przypominać mu o nim w pracy, nawet jeżeli to tylko zadrapanie na plecach. Gdyby nie oczywista granica munduru, pewnie zasypałby mu szyję malinkami, ale jako człowiek wykorzystujący takie detale do atakowania innych, nie potrafił wyobrazić sobie absolutnie nikogo, kto potraktowałby poważnie policjanta, który dał swojej dziewczynie zrobić coś takiego ze swoją szyją.
I od tej bliskości i od tych myśli, za gorąco było już nawet jemu.
- Eh... kurwa - stęknął, kiedy po odklejeniu się od niego poczuł wreszcie, jak cholernie był spocony. Lubił lato i jednocześnie nienawidził lata. Wyłożył się na tym kocu niby obok, ale jednak z kilkoma centymetrami przerwy pomiędzy ich ciałami. Kilkoma centymetrami w absurdalny sposób przeciętymi jego ręką, wysuniętą tylko po to, żeby trzema palcami wciąż dotykać mu biodro. W tej pozycji cmoknął ustami, co sugerowało, że chciał coś jednak powiedzieć mimo zignorowania zadanego mu pytania.
- Pewnie stracę w twoich oczach w tym jak wydoroślałem, ale prawda o mnie jest taka, że chociaż lubię tłum ludzi, bo łatwo jest się w nich schować, to lubię też takie sceny jak z najchujowszych, tanich filmów, gdzie wchodzisz na dyskotekę w remizie, wszyscy się bujają, a wśród tych wszystkich roześmianych twarzy i tych cygańskich dzieciaków, co zawsze tańczą w ciemnych okularach, jest ta jedna osoba, która nikogo nie zauważa, ale wszyscy patrzą na nią. Nikt nie ma śmiałości znaleźć się obok, oprócz tego jednego gościa, co se stał na uboczu i nie tańczył z nikim. I nagle ten dziwak, odludek podpierający ścianę, jest tym, dla kogo to nie jest oczywiste, że nie powinien się do niej zbliżać, więc to robi. I po chwili wszyscy wiedzą, że to on dzisiaj wróci z nią do domu. - Mówił powoli, trochę cicho, przy okazji niedbale dogaszając kiepa o ziemię obok swojej głowy, a następnie wydał z siebie krótkie „mhm” i wywrócił oczyma. - Nie... nie to chciałem powiedzieć - przyznał. Ale też nie przyznał się otwarcie do tego, co chciał mu wtedy przekazać. - Czujesz muzykę, skarbie? - Albo słyszysz może dźwięk lodówki, kiedy wcale jej nie słychać? - Ale nie pytam o to, czy ją słyszysz, czy umiesz wyłapać jej rytm. Pytam o to, czy ją czujesz.
Uśmiechnął się, kiedy Bletchley się zgodził. Szczególnie że się tego zwyczajnie nie spodziewał. Zbliżył się jeszcze bardziej na przekór gnębiącemu go gorącu, ale tylko po to, żeby pocałować go w policzek.
- Jesteś kochany. Pod żadnym warunkiem nie myśl, że chcę, żebyś koniecznie zrobił to dzisiaj - powiedział i odsunął się już trochę, ale nie całkowicie. - Mistrzem dancingu mogę być ja. - Spróbował się zaśmiać, z tego niedźwiedzia też, ale widać po nim było, że dopiero odzyskiwał nastrój do robienia sobie żartów. Zamiast ciągnąć ich temat, albo rzucić zaczepnym już chyba złapałeś, że umiem ładnie kręcić biodrami, wciąż go dotykał. Sunął palcami od miejsca, na którym przed chwilą go ściskał, do innych śladów własnej obecności i łatwo było po nim odczytać, że się tym chełpi. Tego typu zadrapania i siniaki mógł oglądać na nim codziennie, bez choćby cienia wstydu. Coś mogło przypominać mu o nim w pracy, nawet jeżeli to tylko zadrapanie na plecach. Gdyby nie oczywista granica munduru, pewnie zasypałby mu szyję malinkami, ale jako człowiek wykorzystujący takie detale do atakowania innych, nie potrafił wyobrazić sobie absolutnie nikogo, kto potraktowałby poważnie policjanta, który dał swojej dziewczynie zrobić coś takiego ze swoją szyją.
I od tej bliskości i od tych myśli, za gorąco było już nawet jemu.
- Eh... kurwa - stęknął, kiedy po odklejeniu się od niego poczuł wreszcie, jak cholernie był spocony. Lubił lato i jednocześnie nienawidził lata. Wyłożył się na tym kocu niby obok, ale jednak z kilkoma centymetrami przerwy pomiędzy ich ciałami. Kilkoma centymetrami w absurdalny sposób przeciętymi jego ręką, wysuniętą tylko po to, żeby trzema palcami wciąż dotykać mu biodro. W tej pozycji cmoknął ustami, co sugerowało, że chciał coś jednak powiedzieć mimo zignorowania zadanego mu pytania.
- Pewnie stracę w twoich oczach w tym jak wydoroślałem, ale prawda o mnie jest taka, że chociaż lubię tłum ludzi, bo łatwo jest się w nich schować, to lubię też takie sceny jak z najchujowszych, tanich filmów, gdzie wchodzisz na dyskotekę w remizie, wszyscy się bujają, a wśród tych wszystkich roześmianych twarzy i tych cygańskich dzieciaków, co zawsze tańczą w ciemnych okularach, jest ta jedna osoba, która nikogo nie zauważa, ale wszyscy patrzą na nią. Nikt nie ma śmiałości znaleźć się obok, oprócz tego jednego gościa, co se stał na uboczu i nie tańczył z nikim. I nagle ten dziwak, odludek podpierający ścianę, jest tym, dla kogo to nie jest oczywiste, że nie powinien się do niej zbliżać, więc to robi. I po chwili wszyscy wiedzą, że to on dzisiaj wróci z nią do domu. - Mówił powoli, trochę cicho, przy okazji niedbale dogaszając kiepa o ziemię obok swojej głowy, a następnie wydał z siebie krótkie „mhm” i wywrócił oczyma. - Nie... nie to chciałem powiedzieć - przyznał. Ale też nie przyznał się otwarcie do tego, co chciał mu wtedy przekazać. - Czujesz muzykę, skarbie? - Albo słyszysz może dźwięk lodówki, kiedy wcale jej nie słychać? - Ale nie pytam o to, czy ją słyszysz, czy umiesz wyłapać jej rytm. Pytam o to, czy ją czujesz.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.