06.05.2024, 16:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2024, 16:35 przez Millie Moody.)
Siedzę z Alastorem na kocu pod jednym z drzew i dźgam tort widelcem
Alicja miała dość siedzenia z siostrą nad wodą i próżnowania
Mildred nigdy nie będzie miała dość siedzenia z bratem pod drzewem i próżnowania.
Było doskonale. Było cicho i spokojnie, nawet jeśli gdzieś w tle skrzeczał adapter z jej ulubionymi rockowymi piosenkami. Przebieranie się było głupie, ale gdy dostała od Brenny kocie uszka i podrasowany magią pasek z przyczepionym ogonem, to nie odmówiła. Kto z resztą mógłby odmówić awansu na kota z Cheshire, który potrafił trochę jak ona, znikać bez ostrzeżenia, pozostawiając w powietrzu tylko swój enigmatyczny uśmiech? Przyjemne. Reszta stroju była wręcz banalna. Złote kocie oczy dostała od pani bozi natury, czarny podkoszulek i legginsy były w jej szafie od zawsze. Stóp nie katowała glanami, zamiast tego wybierając bycie boso. Tylko przedramionami schowała w wydzierganych pasiastych zarękawiach, bo jednak ten kot miał chyba jakieś prążki.
Siedziała na kocu tuż za Alastorem, korzystając z naturalnej predyspozycji ich obojga - on niemal dwumetrowy, rosły chłop, ona nigdy za bardzo nieodrosła od ziemi – mogła spokojnie schować się za nim, oprzeć czoło o plecy, udawać, że jej wcale tu nie ma. Kolory, wizje, koszmary... to wszystko czmychało gdy brat był blisko, Millie wyraźnie pokorniała i nawet nie bluzgała tak wiele. Tak samo teraz po prostu cieszyła się ze wspólnie spędzanego czasu. Gdyby mogła, zalałaby jednak nie tylko ich, ale całe to miejsce w żywicy dębu pod którym siedzieli, chcąc to wspomnienie zachować jak najdłużej. Uśmiechnięte twarze przyjaciół ich spokojne rozmowy unikające tematów bolesnych i mrożących krew w żyłach. Aż żałowała, że nie umie robić tych śmiesznych żywych obrazów, tak aby cząstkę każdego z nich zachować dla siebie na później.
Dlatego też, mimo że ciasto od Bertiego było doskonale czekoladowe, zgodnie z resztą z jej upodobaniem, dzióbała je widelcem, dźgała i mordowała miniaturowym trójzębem bez jedzenia. Zupełnie jakby zjedzenie sążnistego kawałka oznaczało zmierzch i rozejście się ich, każde do swojego domu. Wybudzenie się z tego pięknego, nierealnego snu.
– Był taki moment, że myślałam, że już nigdy ich nie zobaczę. – Przyznała się cicho bratu do słabości. I chuj i trudno, ryczeć jej się chciało ze wzruszenia jak jakiejś pieprzonej babie. – Nawet impreza pożegnalna w wariatkowie nie była taka fajna, nawet jak upierdoliłam Cainowi cały ryj szpinakiem. – dodała uśmiechając się, ale nie podnosząc głowy. Jej magiczny ogon zadrgał kocim nerwem, wyczuwając w jakiś szatański sposób emocje swojej użytkowniczki. Jebany donosiciel, skąd Brenna to wytrzasnęła?
Alicja miała dość siedzenia z siostrą nad wodą i próżnowania
Mildred nigdy nie będzie miała dość siedzenia z bratem pod drzewem i próżnowania.
Było doskonale. Było cicho i spokojnie, nawet jeśli gdzieś w tle skrzeczał adapter z jej ulubionymi rockowymi piosenkami. Przebieranie się było głupie, ale gdy dostała od Brenny kocie uszka i podrasowany magią pasek z przyczepionym ogonem, to nie odmówiła. Kto z resztą mógłby odmówić awansu na kota z Cheshire, który potrafił trochę jak ona, znikać bez ostrzeżenia, pozostawiając w powietrzu tylko swój enigmatyczny uśmiech? Przyjemne. Reszta stroju była wręcz banalna. Złote kocie oczy dostała od pani bozi natury, czarny podkoszulek i legginsy były w jej szafie od zawsze. Stóp nie katowała glanami, zamiast tego wybierając bycie boso. Tylko przedramionami schowała w wydzierganych pasiastych zarękawiach, bo jednak ten kot miał chyba jakieś prążki.
Siedziała na kocu tuż za Alastorem, korzystając z naturalnej predyspozycji ich obojga - on niemal dwumetrowy, rosły chłop, ona nigdy za bardzo nieodrosła od ziemi – mogła spokojnie schować się za nim, oprzeć czoło o plecy, udawać, że jej wcale tu nie ma. Kolory, wizje, koszmary... to wszystko czmychało gdy brat był blisko, Millie wyraźnie pokorniała i nawet nie bluzgała tak wiele. Tak samo teraz po prostu cieszyła się ze wspólnie spędzanego czasu. Gdyby mogła, zalałaby jednak nie tylko ich, ale całe to miejsce w żywicy dębu pod którym siedzieli, chcąc to wspomnienie zachować jak najdłużej. Uśmiechnięte twarze przyjaciół ich spokojne rozmowy unikające tematów bolesnych i mrożących krew w żyłach. Aż żałowała, że nie umie robić tych śmiesznych żywych obrazów, tak aby cząstkę każdego z nich zachować dla siebie na później.
Dlatego też, mimo że ciasto od Bertiego było doskonale czekoladowe, zgodnie z resztą z jej upodobaniem, dzióbała je widelcem, dźgała i mordowała miniaturowym trójzębem bez jedzenia. Zupełnie jakby zjedzenie sążnistego kawałka oznaczało zmierzch i rozejście się ich, każde do swojego domu. Wybudzenie się z tego pięknego, nierealnego snu.
– Był taki moment, że myślałam, że już nigdy ich nie zobaczę. – Przyznała się cicho bratu do słabości. I chuj i trudno, ryczeć jej się chciało ze wzruszenia jak jakiejś pieprzonej babie. – Nawet impreza pożegnalna w wariatkowie nie była taka fajna, nawet jak upierdoliłam Cainowi cały ryj szpinakiem. – dodała uśmiechając się, ale nie podnosząc głowy. Jej magiczny ogon zadrgał kocim nerwem, wyczuwając w jakiś szatański sposób emocje swojej użytkowniczki. Jebany donosiciel, skąd Brenna to wytrzasnęła?