06.05.2024, 17:46 ✶
TLDR: Brenna siedzi sobie na kocu, w spódnicy ozdobionej kartami i czujnie obserwuje, czy kimś nie trzeba się zająć.
Jutro: jutro wejdą w mrok wyspy, która pojawiła się gdzieś u angielskich wybrzeży i będą szukać broni wypełnionej ciemnością. I ta myśl tkwiła gdzieś z tyłu głowy Brenny od rana, gdy przygotowywali wszystko do urodzin Millie. Spróbowała jednak odsunąć ją na bok, zakopać w najgłębszych odmętach umysłu, by tu i teraz skupić się tylko na tym, że Moody się obudziła, wyszła z Lecznicy i czuła się już na tyle dobrze, że podeszła z ekscytacją do organizacji urodzin. Motyw przewodni trochę Brennę bawił: jak na osobę czystej krwi była zaznajomiona z literaturą mugolską całkiem nieźle, od dnia, w którym mając lat trzynaście zabrała Thomasowi Hardwickowi Drużynę Pierścienia. Alicja w Krainie Czarów była jedną z tych książek, które może nie wciągnęły jej bez reszty, ale miały swoje miejsce w jej sercu, pomagała więc w organizacji entuzjastycznie i nie miała nic przeciwko przebraniu się. Nie wystąpiła jako żadna z głównych postaci – podejrzewała, że dość znajdzie się kandydatów na Alicję, na Szalonego Kapelusznika i Kota z Cheshire – zadowoliła się więc w pełni przyjęciem jednej z ról tła, i miała na sobie zwykłą, czarną koszulkę, ale do tego spódnicę, która wyglądała, jakby uszyto ją z kart.
Na początku zerkała głównie czujnie na Millie, czy ta przypadkiem nie czuje się niczym przytłoczona, i pomagała z rozstawianiem rzeczy, rozdawaniem tortu i rozsadzaniem gości. Ustawiła też w pobliżu lustra cały koszyk, w którym znajdowała się kolekcja różnych drobiazgów, gdyby ktoś postanowił zadbać o przebranie w ostatniej chwili – był tam wielki kapelusz, karciana korona, królicze uszy, zegarek na sznurku i fartuszek z wymalowanymi scenami z Alicji. Pośród podarków dla Moody przytaszczyła już wcześniej sztalugi i całą kolekcję płótn różnych rozmiarów, gdyby kiedyś Mildred naszło na wymalowywanie obrazów. Najchętniej kupiłaby jej choćby i cały sklep malarski, ale podejrzewała, że takiego podarunku ta by nie przyjęła, zatrzymała więc swoje zakupy akurat tak tuż – tuż poza granicami rozsądku. Później, kiedy Millie siedziała sobie spokojnie z bratem, Brenna opadła na jeden z koców, rzucony na trawę – nadmiernie wybujałą, chociaż została skoszona ledwo wczoraj (zwykle nie kosili jej na całym, rozległym podwórku, pozwalając jej rosnąć, ale teraz tak zostawiona zamieniała się łatwo w prawdziwy gąszcz), z talerzykiem ciasteczek, ułożonym tuż obok siebie, aby móc po nie sięgać. Skubała teraz ciasteczka leniwie, rozglądając się i upewniając, czy przypadkiem nikt nie był pozostawiony sam sobie, i nie należy takiej osoby zadręczyć.
Jutro: jutro wejdą w mrok wyspy, która pojawiła się gdzieś u angielskich wybrzeży i będą szukać broni wypełnionej ciemnością. I ta myśl tkwiła gdzieś z tyłu głowy Brenny od rana, gdy przygotowywali wszystko do urodzin Millie. Spróbowała jednak odsunąć ją na bok, zakopać w najgłębszych odmętach umysłu, by tu i teraz skupić się tylko na tym, że Moody się obudziła, wyszła z Lecznicy i czuła się już na tyle dobrze, że podeszła z ekscytacją do organizacji urodzin. Motyw przewodni trochę Brennę bawił: jak na osobę czystej krwi była zaznajomiona z literaturą mugolską całkiem nieźle, od dnia, w którym mając lat trzynaście zabrała Thomasowi Hardwickowi Drużynę Pierścienia. Alicja w Krainie Czarów była jedną z tych książek, które może nie wciągnęły jej bez reszty, ale miały swoje miejsce w jej sercu, pomagała więc w organizacji entuzjastycznie i nie miała nic przeciwko przebraniu się. Nie wystąpiła jako żadna z głównych postaci – podejrzewała, że dość znajdzie się kandydatów na Alicję, na Szalonego Kapelusznika i Kota z Cheshire – zadowoliła się więc w pełni przyjęciem jednej z ról tła, i miała na sobie zwykłą, czarną koszulkę, ale do tego spódnicę, która wyglądała, jakby uszyto ją z kart.
Na początku zerkała głównie czujnie na Millie, czy ta przypadkiem nie czuje się niczym przytłoczona, i pomagała z rozstawianiem rzeczy, rozdawaniem tortu i rozsadzaniem gości. Ustawiła też w pobliżu lustra cały koszyk, w którym znajdowała się kolekcja różnych drobiazgów, gdyby ktoś postanowił zadbać o przebranie w ostatniej chwili – był tam wielki kapelusz, karciana korona, królicze uszy, zegarek na sznurku i fartuszek z wymalowanymi scenami z Alicji. Pośród podarków dla Moody przytaszczyła już wcześniej sztalugi i całą kolekcję płótn różnych rozmiarów, gdyby kiedyś Mildred naszło na wymalowywanie obrazów. Najchętniej kupiłaby jej choćby i cały sklep malarski, ale podejrzewała, że takiego podarunku ta by nie przyjęła, zatrzymała więc swoje zakupy akurat tak tuż – tuż poza granicami rozsądku. Później, kiedy Millie siedziała sobie spokojnie z bratem, Brenna opadła na jeden z koców, rzucony na trawę – nadmiernie wybujałą, chociaż została skoszona ledwo wczoraj (zwykle nie kosili jej na całym, rozległym podwórku, pozwalając jej rosnąć, ale teraz tak zostawiona zamieniała się łatwo w prawdziwy gąszcz), z talerzykiem ciasteczek, ułożonym tuż obok siebie, aby móc po nie sięgać. Skubała teraz ciasteczka leniwie, rozglądając się i upewniając, czy przypadkiem nikt nie był pozostawiony sam sobie, i nie należy takiej osoby zadręczyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.