Nawet nie krzyknął, choć ból wyrzeźbił na jego strunach głosowych swój dźwięk. Ostre kły naparły na skórę i przeszły przez nią bez oporu, a układ nerwowy przesłał prosto do mózgu informacje o tym, jakie to było nieprzyjemne. Jak bolesne. Potem był napór. Zaciśnięcie szczęki, łapczywy dotyk lodowatych warg na skórze i kolejne dreszcze wstrząsające ciałem. Chciał uciekać i jednocześnie nie chciał się poruszyć. Chciał krzyczeć i jednocześnie bał się dźwięku ze swojego gardła. Spłoszyłby go, a jeśli zacznie krzyczeć to co dalej się stanie? Nikt cię nie usłyszy więc liczysz na cud. Na to, że człowiek opętany wampiryzmem nadal może walczyć z samym sobą. Mógł? Gdyby nie były w stanie to za wiele wampirów pojawiałoby się na tym świecie, tymczasem była ich ledwo mała garstka. Mała garstka... i jeden z nich właśnie go otulał lodowatymi rękoma. Łzy zakręciły się w kącikach jego oczu i nawet usta drgały, kiedy ten przeszywający ból ciągle szarpał jego skórę. Walące tercetem serce niczego nie ułatwiało i zagłuszało myśli, jakie mógłby wytworzyć, żeby spróbować się bronić. Miał różdżkę za jego plecami, wystarczyło tylko jej użyć. Wystarczyła tylko chwila. Jedno machnięcie jedna wola, zebranie myśli i poradzenie sobie z zagrożeniem. Zagrożeniem człowieka, który chciał go błagać na kolanach, żeby pozwolił mu zrobić to, co robił teraz. I gdyby błagał... gdyby na te kolana naprawdę upadł... jak bardzo upodlony musiał być człowiek, do jakiego stanu doprowadzony, żeby złamać swoją dumę? Astaroth wydawał się być dumnym mężczyzną. Lecz gdyby upadł... czy to nie byłoby uskrzydlające? To, czego zawsze w skrytości pragnęło serce, a czego oczy nie mówiły? Żeby klękali, żeby kochali, żeby wpatrywali się w niego z głodem i nabożną czcią. Rzeczy, których nie mówił na głos, bo przecież byłyby zaprzeczeniem całego marzenia sennego, jakie wokół siebie tkać - tego fałszu, że był delikatnym aniołem, który ciepłem sprowadzał ukojenie temu światu. Nie, to przecież nie był fałsz. Fałszem było tylko to, że to wystarczyło mu do funkcjonowania. Rozdawał za dużo - tak i teraz chciał za dużo od siebie dać mimo przerażenia.
- A... - Stęknął cicho, kiedy objęły go te ramiona i przyciągnęły do siebie mocniej. Cichy dźwięk, zaraz urwany. Nie pozwolił sobie na więcej. - Shh... już dobrze... - Poruszył jeszcze za dwa razy ręką, uspakajająco. Żałował wydawania z siebie odgłosów tak prawdę mówiąc, kiedy przynosiły ze sobą wrażenie poruszenia się tych wcale nie cienkich kłów pod jego skórą. Stres robił swoje, a upływ krwi czynił jego samego jeszcze chłodniejszym. Serce przestawało tak szybko walić. Krew przestawała tak szumieć, palce przestawały zaciskać się na ubraniu mężczyzny, mięśnie tak napinać. - W-wystarczy, Astaroth... - Tylko oddechy było ciężko łapać i wrażenie, że zaraz się rozpłaczesz przybierało na sile. I wtedy - dokładnie w tym momencie - stał się cud. Prawdopodobnie cud. Astaroth się odsunął, a gwałtowne odepchnięcie ciała od ciała i brak podpory sprawiło, że Prewett się zachwiał i poleciał na podłogę, ratując się podparciem rąk, gdy wylądował na panelach.
Trzęsącą się ręką, oddychając głęboko przez usta, wyciągnął chusteczkę z kieszeni i przyłożył do rany, z której wypływały strugą te cenne krople krwi, których wampir go pozbawił. Nie patrzył na niego. Patrzył szeroko otworzonymi oczami na podłogę przed sobą, chociaż jej nie widział - miał to coś w swoim spojrzeniu, co mają osoby duchem ulatującym gdzieś indziej. Przycisnął materiał do skóry - biel szybko zaczęła zmieniać kolor na czerwień.
- Nic się nie stało. - Stało się i to bardzo wiele. Mogło stać się jednak o wiele więcej. Podniósł wzrok na Astarotha powoli. Nic się nie stało... Człowiek, który miał problemy z rasizmem, stał się ofiarą tej istoty, na którą pewnie polował. Co za tragiczna ironia. Co za tragedia. Jak mógłby zaakceptować to, że Victoria z wampirem się spotykała? - Już lepiej? - Uśmiechnął się ciepło, chociaż blado, do mężczyzny.