22.12.2022, 13:35 ✶
Nie ufać. To były domyślne ustawienia umysłu Moody. Nie ufać, nieważne czy był ładnie ubrany, czy mówiła mądre słowa, czy przyrzekali swoją niewinność. Miodowe spojrzenie Idy, chociaż fizycznie schowane za smolistym woalem choroby, w praktyce przeszywały i wrogów i przyjaciół na wskroś. - Ale nie musisz tego robić przecież tak… - Zmarszczyła nos, połowicznie w zniechęceniu, trochę też zamyśleniu. - Pompastycznie. - Dokończyła, zadowolona z faktu, że użyła wyjątkowo trudnego słowa, nawet jeśli coś w podświadomości mówiło jej, że być może takie nie istnieje.
Zacisnęła założone na siebie ramiona, próbując nawet bardziej ograniczyć swoją małą prywatną sferę, do której Longbottom wnikał tymi “niby” komplementami. Może i on uważał je za szczere, może przywyknął do tego, że od dzieciństwa ludzie mówili do niego wylewnie i prawdziwie, nie kryjąc się z pochwałami, gdy wykonał trudne zadanie dobrze. Czy tak wygląda zdrowe dzieciństwo? Na pewno zdrowo najedzone, sądząc po wysokości czarodzieja i ogólnych gabarytów, wzbudzających respekt.
- Czyli po prostu mówisz do ludzi mile, dajesz im komplementy i dbasz, żeby nie poczuli się zawstydzeni? - Gwizdnęła, przyspieszając kroku, kiedy wzrok wylądował na wiszącym w korytarzu ogromnym zegarze. - Brzmi jak dużo zachodu dla cudzego komfortu.
Dodała, drapiąc się po czole. - Ale… Nie można zaprzeczyć, że… Chyba czasami to działa. - Resztę wypowiedziała prawie pod nosem, mamrocząc cicho i patrząc się na trzymane w dłoniach akta.
Ścisnęła usta w kreskę, patrząc przez chwilę to na Erika, to na drzwi prowadzące do sali.
- Irytuje mnie jak masz rację. Zrób znowu coś, z czego będę mogła kpić, to wrócimy do zwykłej dynamiki tej relacji. - Westchnęła, poprawiając odznaczenie, a następnie bez pardonu podciągając spodnie za szufelki nieco wyżej w talii. Kilka razy ściągnęła i wyprostowała dłonie, po czym cicho powtórzyła w głowie wszystkie zaplanowane treści, przypominając sobie, by w razie czego nie brzmieć sucho i lakonicznie, jak to niegdyś określił jej instruktor.
Przez ułamek sekundy zastanawiała się nawet, czy nie obrócić się jeszcze na sekundę do Longbottoma i kazać mu trzymać za siebie kciuki, kazać, bo bez przesady, prosić nigdy nie będzie. Szybko jednak odwróciła wzrok ledwo widoczną niepewność, zachmurzając ponownie swoją typową nieufnością. Tak było łatwiej. Nie polegać na nikim, oznacza, że nie może się też zawieść. A Ida wolałaby prędzej upaść sto razy, zamiast ryzykować, że wyciągnięcie dłoni o pomoc skończy się z jej odtrąceniem.
Na takie ryzyko nie była jeszcze gotowa.
Zacisnęła założone na siebie ramiona, próbując nawet bardziej ograniczyć swoją małą prywatną sferę, do której Longbottom wnikał tymi “niby” komplementami. Może i on uważał je za szczere, może przywyknął do tego, że od dzieciństwa ludzie mówili do niego wylewnie i prawdziwie, nie kryjąc się z pochwałami, gdy wykonał trudne zadanie dobrze. Czy tak wygląda zdrowe dzieciństwo? Na pewno zdrowo najedzone, sądząc po wysokości czarodzieja i ogólnych gabarytów, wzbudzających respekt.
- Czyli po prostu mówisz do ludzi mile, dajesz im komplementy i dbasz, żeby nie poczuli się zawstydzeni? - Gwizdnęła, przyspieszając kroku, kiedy wzrok wylądował na wiszącym w korytarzu ogromnym zegarze. - Brzmi jak dużo zachodu dla cudzego komfortu.
Dodała, drapiąc się po czole. - Ale… Nie można zaprzeczyć, że… Chyba czasami to działa. - Resztę wypowiedziała prawie pod nosem, mamrocząc cicho i patrząc się na trzymane w dłoniach akta.
Ścisnęła usta w kreskę, patrząc przez chwilę to na Erika, to na drzwi prowadzące do sali.
- Irytuje mnie jak masz rację. Zrób znowu coś, z czego będę mogła kpić, to wrócimy do zwykłej dynamiki tej relacji. - Westchnęła, poprawiając odznaczenie, a następnie bez pardonu podciągając spodnie za szufelki nieco wyżej w talii. Kilka razy ściągnęła i wyprostowała dłonie, po czym cicho powtórzyła w głowie wszystkie zaplanowane treści, przypominając sobie, by w razie czego nie brzmieć sucho i lakonicznie, jak to niegdyś określił jej instruktor.
Przez ułamek sekundy zastanawiała się nawet, czy nie obrócić się jeszcze na sekundę do Longbottoma i kazać mu trzymać za siebie kciuki, kazać, bo bez przesady, prosić nigdy nie będzie. Szybko jednak odwróciła wzrok ledwo widoczną niepewność, zachmurzając ponownie swoją typową nieufnością. Tak było łatwiej. Nie polegać na nikim, oznacza, że nie może się też zawieść. A Ida wolałaby prędzej upaść sto razy, zamiast ryzykować, że wyciągnięcie dłoni o pomoc skończy się z jej odtrąceniem.
Na takie ryzyko nie była jeszcze gotowa.
Koniec sesji
give me a bitter glory.