07.05.2024, 22:26 ✶
Utrzymanie postawy właściwej homo sapiens byłoby może wskazane, ale homo sapiens nie byli zaprojektowani do poruszania się z wbitymi w siebie ostrymi przedmiotami. Brenna rzeczywiście więc się słaniała, tak bardzo popisowo, że nawet jakaś parka umknęła na jej widok, i jeszcze zdążyła usłyszeć coś o pieprzonych narkomanach, zanim zdołała wykrztusić choćby słowo – może i dobrze, bo pewnie gdyby wyrzuciła z siebie coś o aptece Lupinów, to jeszcze byliby gotowi uznać, że prosi o kolejną działkę.
Ale była już chyba całkiem blisko.
Normalnie przeszłaby resztę trasy w jakieś dwie minuty, teraz może nawet udać się w kwadrans, o ile tylko będzie dostatecznie zdeterminowana, ale och, przyciąganie najbliższej ściany było takie mocne! Brenna podparła się o nią czule, i tylko dzięki temu się nie wywaliła, i uznała, że będą teraz najlepszymi przyjaciółmi, ta ściana i ona. To była bardzo ładna ściana, dużo fajniejsza od tej w jednym kasynie, chociaż nie wisiał na niej ani jeden obraz, który mógłby widowiskowo spaść.
A potem ktoś do niej podszedł i usłyszała swoje imię.
Ulga zalała ją, omal nie zbijając z nóg, ale jej nowa najlepsza przyjaciółka, ściana, szczęśliwie przyszła z pomocą, a poza tym Brenna upomniała samą siebie, że to jeszcze o niczym nie przesądzało.
– Cześć – przywitała się, zwracając ku uzdrowicielowi nieco nieprzytomne spojrzenie. Nie poznała go w pierwszej chwili po głosie, a stali w półmroku, no i była trochę rozkojarzona tym całym bólem, krwią przesączającą ubranie i myślami o umieraniu. – Jakbyś mógł wspomnieć w aptece Lupinów, że bardzo potrzebuję eliksiru odnawiającego krew i w sumie to też ściągnięcia uzdrowiciela, najlepiej to klątwołamacza, byłabym wdzięczna – oświadczyła i gdyby była nieco przytomniejsza, czułaby się dumna, że zdołała wyrzucić z siebie bardzo składne zdanie, i to nawet na tyle wyraźnie, że dało się zrozumieć wypowiadane słowa. Poskładać faktów, że Basilius właściwie to jest klątwołamaczem, ani wyjaśnić, co się dokładnie dzieje, już za bardzo jednak nie miała siły. (Chociaż nóż sterczący z boku mógł stanowić niejaką wskazówkę: kłopot w tym, że na rękojeści nie wypisano „zaczarowany, nie da się go wyjąć, póki nie złamie się zaklęcia”, wiedziała, bo go skradziono, i na nieszczęście znalazła złodzieja, ale jej partner z brygady jakoś się zgubił podczas pościgu, a złodziej w przypływie desperacji postanowił użyć noża na niej… Chociaż może i nie kłopot, bo Brenna nie była uzdrowicielką, ale wiedziała, że takich rzeczy z ran się nie wyjmuje, jeśli nie ma się możliwości szybkiego zatamowania krwawienia. A na ulicy opcje w tym zakresie były niestety odrobinę ograniczone.)
Nawet nie zauważyła Francesci, w jej krótkiej spódniczce i bluzeczce z niedopiętymi guzikami, ale na swoje usprawiedliwienie miała to, że w ogóle w tej chwili była żałośnie mało spostrzegawcza.
Ale była już chyba całkiem blisko.
Normalnie przeszłaby resztę trasy w jakieś dwie minuty, teraz może nawet udać się w kwadrans, o ile tylko będzie dostatecznie zdeterminowana, ale och, przyciąganie najbliższej ściany było takie mocne! Brenna podparła się o nią czule, i tylko dzięki temu się nie wywaliła, i uznała, że będą teraz najlepszymi przyjaciółmi, ta ściana i ona. To była bardzo ładna ściana, dużo fajniejsza od tej w jednym kasynie, chociaż nie wisiał na niej ani jeden obraz, który mógłby widowiskowo spaść.
A potem ktoś do niej podszedł i usłyszała swoje imię.
Ulga zalała ją, omal nie zbijając z nóg, ale jej nowa najlepsza przyjaciółka, ściana, szczęśliwie przyszła z pomocą, a poza tym Brenna upomniała samą siebie, że to jeszcze o niczym nie przesądzało.
– Cześć – przywitała się, zwracając ku uzdrowicielowi nieco nieprzytomne spojrzenie. Nie poznała go w pierwszej chwili po głosie, a stali w półmroku, no i była trochę rozkojarzona tym całym bólem, krwią przesączającą ubranie i myślami o umieraniu. – Jakbyś mógł wspomnieć w aptece Lupinów, że bardzo potrzebuję eliksiru odnawiającego krew i w sumie to też ściągnięcia uzdrowiciela, najlepiej to klątwołamacza, byłabym wdzięczna – oświadczyła i gdyby była nieco przytomniejsza, czułaby się dumna, że zdołała wyrzucić z siebie bardzo składne zdanie, i to nawet na tyle wyraźnie, że dało się zrozumieć wypowiadane słowa. Poskładać faktów, że Basilius właściwie to jest klątwołamaczem, ani wyjaśnić, co się dokładnie dzieje, już za bardzo jednak nie miała siły. (Chociaż nóż sterczący z boku mógł stanowić niejaką wskazówkę: kłopot w tym, że na rękojeści nie wypisano „zaczarowany, nie da się go wyjąć, póki nie złamie się zaklęcia”, wiedziała, bo go skradziono, i na nieszczęście znalazła złodzieja, ale jej partner z brygady jakoś się zgubił podczas pościgu, a złodziej w przypływie desperacji postanowił użyć noża na niej… Chociaż może i nie kłopot, bo Brenna nie była uzdrowicielką, ale wiedziała, że takich rzeczy z ran się nie wyjmuje, jeśli nie ma się możliwości szybkiego zatamowania krwawienia. A na ulicy opcje w tym zakresie były niestety odrobinę ograniczone.)
Nawet nie zauważyła Francesci, w jej krótkiej spódniczce i bluzeczce z niedopiętymi guzikami, ale na swoje usprawiedliwienie miała to, że w ogóle w tej chwili była żałośnie mało spostrzegawcza.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.