08.05.2024, 01:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2024, 01:36 przez Erik Longbottom.)
Och, no oczywiście. Bo najlepiej było z góry założyć najgorszy scenariusz i samemu nie podjąć żadnej próby odezwania się, pomyślał Erik, kręcąc głową bez słowa na kolejną dawkę tłumaczeń ze strony starszego, ale niekoniecznie bystrzejszego czarodzieja. W pełni zgadzał się z tym, że relacje międzyludzkie nie były łatwym tematem do rozważań, podobnie jak wczucie się w sytuację drugiej strony i zrozumienie jej perspektywy na pewne zdarzenia. Pooddawanie się kolejnym dywagacjom odnośnie do tych kwestii mogło przynieść mnóstwo intryg i równie wiele głębokich rozczarowań.
Niektóre osoby dążąc do odgadnięcia myśli swych druhów nieoczekiwania wkraczali do labiryntu, który zdawał się nie mieć wejścia ni wyjścia. I chociaż podejmowano wiele prób znalezienia właściwej ścieżki tak głębie i złożoność ludzkich przemyśleń mogła wymykać się logice i rozsądkowi. W dawnych opowieściach wówczas z nieba spadał bohaterom magiczny przedmiot pokroju zaklętej nici księżniczki Ariadny, która pomogła Tezeuszowi opuścić mitologiczny labirynt Minotaura. A chociaż zarówno Erik i Anthony żyli w świecie pełnym magii i czarów, tak w kwestiach międzyludzkich byli niewiele lepsi od mugoli. Koniec końców byli tylko ludźmi.
— Nie wydawałeś się jakoś wyjątkowo zainteresowany wznowieniem naszej ówczesnej współpracy. Sądziłem, że moja odmowa sprawiła, że straciłeś zainteresowanie. Że skoro raz zawiodłem, to równie dobrze można było sobie odpuścić. Wszystko albo nic — odparł ze spokojem, chociaż w jego głosie dalej pobrzmiewała delikatna nuta podirytowania. Nie miał jednak zamiaru wykłócać się z nim o to, kto miał gorzej i kto powinien wysłać pierwszy list czy podać rękę na zgodę. Wiedział jednak, że skoro nadarzyła się okazja do wyjaśnienia sobie paru kwestii, to powinni ją wykorzystać. — Może... Może trochę stchórzyłem. Może nie wiedziałem czego się spodziewać, gdybym faktycznie się odezwał. Może łatwiej oczekiwać kolejnego zaproszenia, ale niczego nie inicjować.
Westchnął ciężko. Nie chciał porównywać Shafiqa z Selwynem, jednak z perspektywy czasu trudno mu było nie zestawiać ze sobą obu mężczyzn. Wprawdzie szalenie się od siebie różnili, ale i tak można było znaleźć między nimi punkty wspólne. A może nawet nie między nimi jako osobami, ale tym w jakie układy był z nimi wplątany. Związek z Laurencem był jednym z pierwszych, w które naprawdę się zaangażował. Żył i oddychał ich spotkaniami, to one wyznaczały cykl jego życia. Może w jakiś sposób przeniósł ten schemat na Anthony'ego? Wspólne wyjazdy, na których mógł być bardziej otwarty, a które jednak szybko stały się rutyną. Oddzielonymi od siebie wielomiesięcznymi przerwami, ale jednak stałymi w jego życiu.
A potem puf: konflikt Czarnego Pana z Ministerstwem Magii, Zakon Feniksa, rodzina, przyjaciele, praca. I nagle ''rutyna'' z Anthonym musiała zejść na dalszy plan, a gdy pojawiła się szansa na to, aby do niej wrócić... Nawet nie wiedział, jak się za to zabrać, więc czekał na ruch drugiej strony. Łatwiej było zaakceptować porażkę na podstawie braku zainteresowania drugiej strony niż walczyć o uwagę. Teraz wydawało mu się to nieco naiwne, ale wszystko wskazywało na to, że Anthony wcale nie był lepszy i też nie wiedział, jak zabrać się za odnowienie kontaktu. A teraz literalnie wylądowali w jednym łóżku. Huh, cóż za przewrotne bóstwa otoczyły ich swą opieką.
— Och, mają tam ostatnio więcej niż jednego? Czemu mnie to nie dziwi — mruknął pod nosem z kwaśną miną.
Och, tak. Upiór doskonale pasował do Selwyna. Wzdrygnął się na samą myśl, że mógłby go spotkać podczas przedstawienia lub - Merlinie broń - zobaczyć na deskach jego rodzinnego teatru. Z drugiej strony, może sprawiłoby mu to większą satysfakcję niż bezpośrednia konfrontacja z czarodziejem. Miał wrażenie, że wyniósł z niej mniej niż mógł, a przede wszystkim mniej niż powinien. Jakaś przekorna część jego osobowości była ciekawa tego, jak wyglądała konfrontacja Selwyna z Shafiqiem. Nawet jeśli nie zamieniliby ze sobą wówczas nawet słowa.
Poderwał się niezgrabnie, gdy Anthony nagle odsunął się od niego i przesunął na skraj łóżka. Przesunął się automatycznie bliżej niego, wbijając wzrok w jego szyję. Z lekkim wahaniem oparł dłoń o jego ramię, gładząc je bezwiednie, dopóki jego palce nie zaczęły krążyć po łopatce starszego czarodzieja.
— Przeżyję krzyki — odparł cicho, ciągnąc lekko za materiał zagranicznego szlafroka. — Poza tym, wolę ich słuchać przed snem niż się przy nich obudzić. Nie chcę iść spać skłócony z tobą. I nie chcę, żebyś gdziekolwiek szedł. — Ponowne pociągnięcie. — Chyba... Chyba żaden z nas nie powinien być dzisiaj sam, hmm? A rano... Rano zobaczymy, co będzie.
Niektóre osoby dążąc do odgadnięcia myśli swych druhów nieoczekiwania wkraczali do labiryntu, który zdawał się nie mieć wejścia ni wyjścia. I chociaż podejmowano wiele prób znalezienia właściwej ścieżki tak głębie i złożoność ludzkich przemyśleń mogła wymykać się logice i rozsądkowi. W dawnych opowieściach wówczas z nieba spadał bohaterom magiczny przedmiot pokroju zaklętej nici księżniczki Ariadny, która pomogła Tezeuszowi opuścić mitologiczny labirynt Minotaura. A chociaż zarówno Erik i Anthony żyli w świecie pełnym magii i czarów, tak w kwestiach międzyludzkich byli niewiele lepsi od mugoli. Koniec końców byli tylko ludźmi.
— Nie wydawałeś się jakoś wyjątkowo zainteresowany wznowieniem naszej ówczesnej współpracy. Sądziłem, że moja odmowa sprawiła, że straciłeś zainteresowanie. Że skoro raz zawiodłem, to równie dobrze można było sobie odpuścić. Wszystko albo nic — odparł ze spokojem, chociaż w jego głosie dalej pobrzmiewała delikatna nuta podirytowania. Nie miał jednak zamiaru wykłócać się z nim o to, kto miał gorzej i kto powinien wysłać pierwszy list czy podać rękę na zgodę. Wiedział jednak, że skoro nadarzyła się okazja do wyjaśnienia sobie paru kwestii, to powinni ją wykorzystać. — Może... Może trochę stchórzyłem. Może nie wiedziałem czego się spodziewać, gdybym faktycznie się odezwał. Może łatwiej oczekiwać kolejnego zaproszenia, ale niczego nie inicjować.
Westchnął ciężko. Nie chciał porównywać Shafiqa z Selwynem, jednak z perspektywy czasu trudno mu było nie zestawiać ze sobą obu mężczyzn. Wprawdzie szalenie się od siebie różnili, ale i tak można było znaleźć między nimi punkty wspólne. A może nawet nie między nimi jako osobami, ale tym w jakie układy był z nimi wplątany. Związek z Laurencem był jednym z pierwszych, w które naprawdę się zaangażował. Żył i oddychał ich spotkaniami, to one wyznaczały cykl jego życia. Może w jakiś sposób przeniósł ten schemat na Anthony'ego? Wspólne wyjazdy, na których mógł być bardziej otwarty, a które jednak szybko stały się rutyną. Oddzielonymi od siebie wielomiesięcznymi przerwami, ale jednak stałymi w jego życiu.
A potem puf: konflikt Czarnego Pana z Ministerstwem Magii, Zakon Feniksa, rodzina, przyjaciele, praca. I nagle ''rutyna'' z Anthonym musiała zejść na dalszy plan, a gdy pojawiła się szansa na to, aby do niej wrócić... Nawet nie wiedział, jak się za to zabrać, więc czekał na ruch drugiej strony. Łatwiej było zaakceptować porażkę na podstawie braku zainteresowania drugiej strony niż walczyć o uwagę. Teraz wydawało mu się to nieco naiwne, ale wszystko wskazywało na to, że Anthony wcale nie był lepszy i też nie wiedział, jak zabrać się za odnowienie kontaktu. A teraz literalnie wylądowali w jednym łóżku. Huh, cóż za przewrotne bóstwa otoczyły ich swą opieką.
— Och, mają tam ostatnio więcej niż jednego? Czemu mnie to nie dziwi — mruknął pod nosem z kwaśną miną.
Och, tak. Upiór doskonale pasował do Selwyna. Wzdrygnął się na samą myśl, że mógłby go spotkać podczas przedstawienia lub - Merlinie broń - zobaczyć na deskach jego rodzinnego teatru. Z drugiej strony, może sprawiłoby mu to większą satysfakcję niż bezpośrednia konfrontacja z czarodziejem. Miał wrażenie, że wyniósł z niej mniej niż mógł, a przede wszystkim mniej niż powinien. Jakaś przekorna część jego osobowości była ciekawa tego, jak wyglądała konfrontacja Selwyna z Shafiqiem. Nawet jeśli nie zamieniliby ze sobą wówczas nawet słowa.
Poderwał się niezgrabnie, gdy Anthony nagle odsunął się od niego i przesunął na skraj łóżka. Przesunął się automatycznie bliżej niego, wbijając wzrok w jego szyję. Z lekkim wahaniem oparł dłoń o jego ramię, gładząc je bezwiednie, dopóki jego palce nie zaczęły krążyć po łopatce starszego czarodzieja.
— Przeżyję krzyki — odparł cicho, ciągnąc lekko za materiał zagranicznego szlafroka. — Poza tym, wolę ich słuchać przed snem niż się przy nich obudzić. Nie chcę iść spać skłócony z tobą. I nie chcę, żebyś gdziekolwiek szedł. — Ponowne pociągnięcie. — Chyba... Chyba żaden z nas nie powinien być dzisiaj sam, hmm? A rano... Rano zobaczymy, co będzie.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞