08.05.2024, 02:48 ✶
Lato było... Skomplikowane, jednak Erik nie określiłby go zbyt wieloma negatywnymi mianami. Po prostu to nie był zwyczajny okres wakacyjny. Konsekwencje Beltane - zarówne te związane z Atakiem Śmierciożerców, jak i majowymi rytuałami - dalej wisiały nad ich głowami. I to nie było nic dobrego, bo Longbottom czuł się nad wyraz winny temu, co musiała przez niego przeżywać Nora oraz Elliott. Z drugiej jednak strony Warownia dawno nie była tak pełna, gdy zjawili się w niej Morfeusz, Frank i Alice.
Może było to niesprawiedliwe, jednak detektyw Brygady wychodził z założenia, że pusty dom to smutny dom. A chociaż upływ czasu był aż nadto widoczny, gdy dzieliło się przestrzeń mieszkalną z tak dużą ilością osób o różnych charakterach, tak Erik odczuwał swego rodzaju satysfakcję z tego, że gdzie by nie poszedł tam, mógł znaleźć kogoś, kogo śmiało mógłby nazwać swoim krewniakiem. Nawet jeśli nie dzieliły ich więzy pokrewieństwa. Nawet teraz, siedząc w kuchni z Brenną i jej protegowaną, czuł się, jakby wszyscy byli swego rodzaju familią.
— Oczywiście, że herbaty — odparł Longbottom, zamykając Proroka Codziennego i składając go na pół, aby ostatecznie odłożyć go na jedno z niezajętych krzeseł przy kuchennym stole. — Dodaj trochę miodu, jeśli możesz. Mam ochotę dzisiaj zaszaleć.
Sięgnął po pączka z nadzieniem wiśniowym, przenosząc go ruchem różdżki ze wspólnej tacy na mniejszy talerz. Drgnął, gdy Ruda nazwała go wujem, a dla pewności zerknął czujnie za siebie, jakby spodziewał się ujrzeć innego Longbottoma za swoimi plecami. Westchnął cicho. Faktycznie, ostatnia noc nie była najlepsza. Cały dzień spędzony z Samem był satysfakcjonujący, jednak kiedy koniec końców wrócił do Warowni, czuł się wykończony. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
— Do wieczora siedziałem na rybach nad jeziorem — rzucił na swoje usprawiedliwienie, wzdrygając się lekko. W oczach młodziutkiej Brygadzistki ''męskie'' wypady wędkarskie musiały kojarzyć się z podstarzałymi czarodziejami w wieku jej rodziców czy dziadków. Skierował ciężkie spojrzenie w stronę swojej siostry: — Zaczynam rozumieć, jak czuje się Morfeusz. To chyba zły znak.
Chyba minęliśmy się z powołaniem, pomyślał nieoczekiwanie, czekając, aż zagotuje się woda na jego napitek. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdawały się wskazywać, że Longbottomowie byli wybitni w udzielaniu schronienia i otaczania opieką wszystkich, którzy szukali bezpiecznej przystani. Zaczynając na Crawleyach, mijając stado psów wałęsających się po Warowni, a kończąc na młodym Rookwoodzie i najnowszym nabytku Warowni, czyli Samuelu. A biorąc pod uwagę nawyki Heather, to dziewczyna stała się nieoficjalną częścią tej zgrai po tym, jak została zgarnięta z pracy przez Brennę.
Może to najwyższy czas, aby przebranżowić ród? Dziadek Godryk pewnie wyszedłby z siebie i stanął obok, ale może po pewnym czasie doceniłby, gdyby nowe pokolenie Longbottomów postanowiło odwiesić rapiery i szable na ścianę, opuścić Ministerstwo Magii, aby poświęcić się... Prowadzeniu magicznej edukacji wczesnoszkolnej? Całorocznego wolontariatu na rzecz pokrzywdzonych przez los? O, a może Fundacja Longbottom & Longbottom? To by światło brzmiało. Zwłaszcza w gazetach i regularnych audycjach radiowych.
— A więc o co chodzi z tym Atlasem? — zagaił, wracając na moment do poruszonego przez Brennę chwilę wcześniej tematu.
Może było to niesprawiedliwe, jednak detektyw Brygady wychodził z założenia, że pusty dom to smutny dom. A chociaż upływ czasu był aż nadto widoczny, gdy dzieliło się przestrzeń mieszkalną z tak dużą ilością osób o różnych charakterach, tak Erik odczuwał swego rodzaju satysfakcję z tego, że gdzie by nie poszedł tam, mógł znaleźć kogoś, kogo śmiało mógłby nazwać swoim krewniakiem. Nawet jeśli nie dzieliły ich więzy pokrewieństwa. Nawet teraz, siedząc w kuchni z Brenną i jej protegowaną, czuł się, jakby wszyscy byli swego rodzaju familią.
— Oczywiście, że herbaty — odparł Longbottom, zamykając Proroka Codziennego i składając go na pół, aby ostatecznie odłożyć go na jedno z niezajętych krzeseł przy kuchennym stole. — Dodaj trochę miodu, jeśli możesz. Mam ochotę dzisiaj zaszaleć.
Sięgnął po pączka z nadzieniem wiśniowym, przenosząc go ruchem różdżki ze wspólnej tacy na mniejszy talerz. Drgnął, gdy Ruda nazwała go wujem, a dla pewności zerknął czujnie za siebie, jakby spodziewał się ujrzeć innego Longbottoma za swoimi plecami. Westchnął cicho. Faktycznie, ostatnia noc nie była najlepsza. Cały dzień spędzony z Samem był satysfakcjonujący, jednak kiedy koniec końców wrócił do Warowni, czuł się wykończony. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
— Do wieczora siedziałem na rybach nad jeziorem — rzucił na swoje usprawiedliwienie, wzdrygając się lekko. W oczach młodziutkiej Brygadzistki ''męskie'' wypady wędkarskie musiały kojarzyć się z podstarzałymi czarodziejami w wieku jej rodziców czy dziadków. Skierował ciężkie spojrzenie w stronę swojej siostry: — Zaczynam rozumieć, jak czuje się Morfeusz. To chyba zły znak.
Chyba minęliśmy się z powołaniem, pomyślał nieoczekiwanie, czekając, aż zagotuje się woda na jego napitek. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdawały się wskazywać, że Longbottomowie byli wybitni w udzielaniu schronienia i otaczania opieką wszystkich, którzy szukali bezpiecznej przystani. Zaczynając na Crawleyach, mijając stado psów wałęsających się po Warowni, a kończąc na młodym Rookwoodzie i najnowszym nabytku Warowni, czyli Samuelu. A biorąc pod uwagę nawyki Heather, to dziewczyna stała się nieoficjalną częścią tej zgrai po tym, jak została zgarnięta z pracy przez Brennę.
Może to najwyższy czas, aby przebranżowić ród? Dziadek Godryk pewnie wyszedłby z siebie i stanął obok, ale może po pewnym czasie doceniłby, gdyby nowe pokolenie Longbottomów postanowiło odwiesić rapiery i szable na ścianę, opuścić Ministerstwo Magii, aby poświęcić się... Prowadzeniu magicznej edukacji wczesnoszkolnej? Całorocznego wolontariatu na rzecz pokrzywdzonych przez los? O, a może Fundacja Longbottom & Longbottom? To by światło brzmiało. Zwłaszcza w gazetach i regularnych audycjach radiowych.
— A więc o co chodzi z tym Atlasem? — zagaił, wracając na moment do poruszonego przez Brennę chwilę wcześniej tematu.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞