08.05.2024, 08:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.05.2024, 08:35 przez Brenna Longbottom.)
Wierzyła - musiała wierzyć - bo inaczej jaki w ogóle sens miałoby jej życie? Trzymała się nadziei kurczowo, bo inaczej zabrakłoby Brennie sił na cokolwiek. Po co w ogóle żyć w Anglii, nad którą władzę miałby przejąć Voldemort?
– Bo, niestety, nie wszyscy są zupełnymi głupcami i wiedzą, że wtedy nic nie osiągną – skwitowała. Tchórze? Niektórzy na pewno. Ale nie wszyscy. Najwięcej w służbie Voldemorta mogli zdziałać w Ministerstwie Magii, więc oczywiste, że się maskowali. - Mój brat na przykład, zrobił to równie odważnie, co głupio, ale nie to miałam na myśli. Podczas zamieszania na polanie, wichury, potem w lesie, zginęło sporo osób. Nie wszystkie były mugolakami. Właściwie większość z nich nie była – skwitowała. Wiatr nie wybierał kogo porwie na podstawie statusu krwi, tak jak widma nie zastanawiały się, czy dopadając mugolaka czy czystokrwistego.
A wszystko wiązało się z działaniami Voldemorta.
To był początek i koniec.
– Wykonuję jedynie moją pracę, a nadzieja istnieje, bo jednak większość ludzi wolałaby nie żyć obecnie pod rządami morderczego tyrana – powiedziała, uśmiechając się do niego lekko. Nie była tchórzem, ale nie była też jakoś niesamowicie odważna: po prostu świata pod władzą Voldemorta bała się dużo bardziej niż samej walki z nim.
Czasem człowiek nie miał wyboru.
– Mocno oberwała. Klątwa wpłynęła nie tylko na ciało – mruknęła Brenna, starając się ostrożnie dobierać słowa. Martwiła się o Millie: chociaż prawdopodobnie nie tak mocno, jak powinna, pochłonięta najpierw przygotowaniami do pogrzebu, potem mordercą z koszmarów i widmami, zamieszaniem związanym z rytuałem i wreszcie sprawami dotyczącymi Zakonu oraz codziennej pracy. – W tej chwili dochodzi już do siebie.
A przynajmniej mam taką nadzieję.
Sięgnęła po bukiet kwiatów i podniosła się po prostu. Nawet jeśli ciut się spieszyła, mogła poświęcić Bagshotowi jeszcze kwadrans, w ramach wspominania starych, dobrych, nieskomplikowanych czasów – gdy jeszcze życie zdawało się proste i nie zastanawiałeś się, kto z twoich znajomych wspiera morderców. Zwłaszcza, że on zdawał się bardzo podobny do wesołego chłopca z Hogwartu, który planował swoją wielką karierę.
– Nic dziwnego, że chcesz wiedzieć, co dzieje się w kraju, skoro byłeś długo za granicą – odparła lekko, czekając aż Bagshot też zbierze się ze swojego miejsca. – To chodź, przejdziemy się. A jeśli chodzi o wezwania… To myślę, że znajdzie się parę dziwnych opowieści.
– Bo, niestety, nie wszyscy są zupełnymi głupcami i wiedzą, że wtedy nic nie osiągną – skwitowała. Tchórze? Niektórzy na pewno. Ale nie wszyscy. Najwięcej w służbie Voldemorta mogli zdziałać w Ministerstwie Magii, więc oczywiste, że się maskowali. - Mój brat na przykład, zrobił to równie odważnie, co głupio, ale nie to miałam na myśli. Podczas zamieszania na polanie, wichury, potem w lesie, zginęło sporo osób. Nie wszystkie były mugolakami. Właściwie większość z nich nie była – skwitowała. Wiatr nie wybierał kogo porwie na podstawie statusu krwi, tak jak widma nie zastanawiały się, czy dopadając mugolaka czy czystokrwistego.
A wszystko wiązało się z działaniami Voldemorta.
To był początek i koniec.
– Wykonuję jedynie moją pracę, a nadzieja istnieje, bo jednak większość ludzi wolałaby nie żyć obecnie pod rządami morderczego tyrana – powiedziała, uśmiechając się do niego lekko. Nie była tchórzem, ale nie była też jakoś niesamowicie odważna: po prostu świata pod władzą Voldemorta bała się dużo bardziej niż samej walki z nim.
Czasem człowiek nie miał wyboru.
– Mocno oberwała. Klątwa wpłynęła nie tylko na ciało – mruknęła Brenna, starając się ostrożnie dobierać słowa. Martwiła się o Millie: chociaż prawdopodobnie nie tak mocno, jak powinna, pochłonięta najpierw przygotowaniami do pogrzebu, potem mordercą z koszmarów i widmami, zamieszaniem związanym z rytuałem i wreszcie sprawami dotyczącymi Zakonu oraz codziennej pracy. – W tej chwili dochodzi już do siebie.
A przynajmniej mam taką nadzieję.
Sięgnęła po bukiet kwiatów i podniosła się po prostu. Nawet jeśli ciut się spieszyła, mogła poświęcić Bagshotowi jeszcze kwadrans, w ramach wspominania starych, dobrych, nieskomplikowanych czasów – gdy jeszcze życie zdawało się proste i nie zastanawiałeś się, kto z twoich znajomych wspiera morderców. Zwłaszcza, że on zdawał się bardzo podobny do wesołego chłopca z Hogwartu, który planował swoją wielką karierę.
– Nic dziwnego, że chcesz wiedzieć, co dzieje się w kraju, skoro byłeś długo za granicą – odparła lekko, czekając aż Bagshot też zbierze się ze swojego miejsca. – To chodź, przejdziemy się. A jeśli chodzi o wezwania… To myślę, że znajdzie się parę dziwnych opowieści.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.