Jeden z mnogich dreszczy przeszedł jej ciało na palcach, swą wędrówkę rozpoczynając na karku, aby zwieńczyć swoistą trasę wraz z końcem kręgosłupa. Czuła nieomal jakby padał deszcz, znacząc jej drobne ciało igiełkami chłodu, czyniącym ze skóry barwną galaktykę – niebo jednak jednało błękitem wybijającym się spomiędzy rozłożystego listowia, którym upstrzone były konary drzew. Rozłożyste jak waty cukrowe, szelestem napominały o nieodzownej obecności natury; tak odmiennej od londyńskiego bruku. Gdyby nie przebrała butów na kozaki, z pewnością ugrzęzłaby w jednej z błotnistych kałuż; swoje jednak zrobiła z wielką pychą – uwielbiała wyglądać skandalicznie i ową okładką własnej osoby kontrastować osobowościowo. Przecież daleko było jej do cynicznej jednostki, syczącej jadowitymi słowami i właściwymi kontrami na kolce zawierane w słowach przez innych. Prawdopodobnie dlatego demon, który z niej wychodził niezwykle rzadko, był tak abstrakcyjny w swej krasie; prawdopodobnie jej złość z tych przyczyn była jeszcze bardziej przerażająca – bo gdy opuszczała welon kurtuazji i ciepłoty słów, okazywało się, że drzemie w niej coś tętniącego horrorem.
Uniosła wysoko brwi, gdy skierował ku niej marynarkę, zwisającą miękko na wyciągniętej ku niej dłoni. Przez moment na scenie umysłu zatańczyły różne reakcje, które mogłaby obrać, będąc nieomal zlęknioną tak otwartą, bezprecedensową oznaką życzliwości.
Na jego słowa zareagowała jedynie lekkim westchnięciem, puentowanym narzuceniem marynarki na swoje ramiona, dotychczasowo odziane jedynie w barwną koszulę. Była na nią o wiele rozmiarów za duża – do tego stopnia, że sięgała jej nieomal do kolan, krańcem umykające na udach.
– Nie gryziesz? Chciałabym się o tym sama przekonać – rzekła kokieteryjnie, pozwalając lekkiemu, filuternemu uśmiechowi rozciągnąć przyjemnie jej dotychczasowo zaklęte w wąską linię wargi.
Fletcher pachniał lasem i surowym zapachem galanterii – niezwykle wyczulona na zapachy od razu wyłapała nuty dochodzące do jej nozdrzy i nie potrafiła stwierdzić, jakoby były nieprzyjemne. Pociągnęła wręcz lekko nosem, czując woń leśnego podszycia, tak innego od ciężkich perfum Leandra.
Nieprzystosowana do klimatu polowań, od początku wybiła swemu partnerowi niedoli koncepcję, jakoby miała czynić w lesie inną funkcję, aniżeli stanowienie ładnego tła. Nie zależało jej na trofeum; nie miała męskiej dumy do stracenia w razie kompletnego fiaska, a jedne co skierowało jej kroki ku konkurencji była czysta ciekawość.
A Loretta często robiła rzeczy z czystej ciekawości.
– Maluję wszystko, jednak specjalizuję się w aktach – odparła miękko. – Jeśli podczas tej czarującej wycieczki nie sprawisz, że to ciebie będę chciała postrzelić z kuszy, jestem skłonna zaprosić cię do mojego atelier – dodała, puentując słowami liche zamyślenie.
Odgłos łamanych gałęzi sprawił, iż zamarła bez ruchu, jedynie wzrok kierując ku Theseusowi. Z jednym wdechem dostrzegła, jak ten unosi broń, aby z ciężkim wydechem zaobserwować, że cokolwiek, co wzburzyło dźwięki, umknęło im w leśną dal.
– Nie jest to chyba nasz dzień – dodała miękko, otulając się ciaśniej marynarką.