08.05.2024, 10:10 ✶
Samuel nie był najlepszy w wyczuwanie cudzych pobudek i rozpoznawanie kłamstwa. Nie wiedział dlatego wcale, na ile Isaac mówi prawdę, na ile uracza go słodkimi kłamstwami, nie wiedział z doświadczenia, ale z własnych przekonań. Wiadomym było w świecie ptaków tym razem, a nie krwiożerczych niedźwiedzi, że gniazdo to podstawa, do zachęcania samicy. Oczywiście, nie dotyczyło to wszystkich ptaków, ale krogulec wiele więcej nie miał czym się popisać. Krogulec był mniejszy od swojej damy, a w trakcie zalotów mógł stracić głowę i to dosłownie, silniejsza bowiem pani krogulcowa, jeśli tylko była niezadowolona z awansów, jednym kłapnięciem dzioba mogła przekreślić szansę ptaka na związek z kimkolwiek. Dlatego Sam nie probował nawet. Jako złota rączka zarabiał stanowczo za mało by stać go było na własny warsztat i kawałek miejsca, z resztą nie chciał tego, chciał powrócić do swojej leśniczówki, do serca Kniei, by wieść żywot taki, jaki wiódł do tej pory.
Alkohol nie pomagał, myśli wracały, suchość w gardle drażniła. Świergotnik świergotał, ale jego słowa nie przynosiły ulgi, to co mówił wzmagało tylko wady ludzkiego ciała, emocjonalny kocioł. McGonagall miał kilka taktyk na takie dni, jedną z nich był nocny lot i wytracenie wszystkich zmartwień spomiędzy lotek. Drugą, była ucieczka na wrzosowiska, gdzie nocą nikt nie powinien być zaniepokojony obecnością tarzającego się pośród fioletowych kwiatków niedźwiedzia. Była jeszcze trzecia opcja, a ta w sumie, przez pryzmat wypitego już alkoholu zdawała mu się najciekawsza.
Przechylil się na bok i sięgnął do Isaaca przeczesując mu włosy palcami, wyciągając z nich jasne słomki.
– Z życia w stodole na pewno nie. Jedna noc by Ci tu wystarczyła, żeby wiedzieć jakie są tego życia cienie. – Choć szatynowe kosmyki były już pozbawione nieproszonej dekoracji, palce Sama nie zamierzały zaprzestać tego iskania. W ptasiej naturze normalnym przecież było czyszczenie sobie wzajem lotek, po długim dni eksploracji przestworzy. Po niedługiej chwili zaś przysunął się jeszcze bliżej, właściwie niemal zawisł nad nim, a jasne oczy, nawet w tym świetle zdały się dużo ciemniejsze, o brązie tak ciemnym, że niemal czarnym.
– A ten niedźwiedź, to ani nie jest bestią, a już zdecydowanie nie jest krwiożerczy – mruknął z uśmiechem pochylając się ku niemu, niosąc ze sobą zza alkoholowej zasłony woń futra, wilgoć i ciężar mchu oraz lekką słodycz piżma. I rzeczywiście, wbrew wszystkim plotkom i oczekiwaniom, jak na niedźwiedzia był bardzo delikatny.
Alkohol nie pomagał, myśli wracały, suchość w gardle drażniła. Świergotnik świergotał, ale jego słowa nie przynosiły ulgi, to co mówił wzmagało tylko wady ludzkiego ciała, emocjonalny kocioł. McGonagall miał kilka taktyk na takie dni, jedną z nich był nocny lot i wytracenie wszystkich zmartwień spomiędzy lotek. Drugą, była ucieczka na wrzosowiska, gdzie nocą nikt nie powinien być zaniepokojony obecnością tarzającego się pośród fioletowych kwiatków niedźwiedzia. Była jeszcze trzecia opcja, a ta w sumie, przez pryzmat wypitego już alkoholu zdawała mu się najciekawsza.
Przechylil się na bok i sięgnął do Isaaca przeczesując mu włosy palcami, wyciągając z nich jasne słomki.
– Z życia w stodole na pewno nie. Jedna noc by Ci tu wystarczyła, żeby wiedzieć jakie są tego życia cienie. – Choć szatynowe kosmyki były już pozbawione nieproszonej dekoracji, palce Sama nie zamierzały zaprzestać tego iskania. W ptasiej naturze normalnym przecież było czyszczenie sobie wzajem lotek, po długim dni eksploracji przestworzy. Po niedługiej chwili zaś przysunął się jeszcze bliżej, właściwie niemal zawisł nad nim, a jasne oczy, nawet w tym świetle zdały się dużo ciemniejsze, o brązie tak ciemnym, że niemal czarnym.
– A ten niedźwiedź, to ani nie jest bestią, a już zdecydowanie nie jest krwiożerczy – mruknął z uśmiechem pochylając się ku niemu, niosąc ze sobą zza alkoholowej zasłony woń futra, wilgoć i ciężar mchu oraz lekką słodycz piżma. I rzeczywiście, wbrew wszystkim plotkom i oczekiwaniom, jak na niedźwiedzia był bardzo delikatny.
Koniec sesji