08.05.2024, 10:29 ✶
Uścisk i bliskość, coś czego przez lata mu skąpiono, a co później, po odejściu rodziców było praktycznie nieosiągalne, upijało Samuela lepiej niż najmocniejszy bimber u Lizzy, kobiety, która dała mu schronienie na czas jego przymusowej nieobecności w Kniei. Tak łatwo zapominało się o bólu, tak łatwo zapominało się o strachu, gdy ktoś obok ciebie był, ktoś podobny, nawet jeśli nie tego samego rodzaju co Ty. Niko bowiem nie był chimerą i to akurat teraz, z tak bliskiej odległości Sam był w stanie wyczytać. W jego krwi nie krążyła krew McGonagallów, balansująca na granicy człowieczeństwa, krew, która splatała się nie z jedną a dwoma, czasami i trzema bestiami, zwierzętami, które na trwałe wpisywały się w rdzeń istnienia jednostki. Niko nie był chimerą, ale Sam przeglądał się w nim jak w lustrze, nie tylko przez wzgląd na wespół noszone przez nich futro, ale też w jego osamotnieniu, oderwaniu od stałej, od normy do której przywykł. Pan Nikt. Dusza, która mogłaby się rozpłynąć i może jedna, dwie osoby by zauważyły.
Sam podsunął się trochę, ocierając łzy mimochodem o koszulę chłopaka, ukrywając nos i twarz w załomie jego szyi.
– Nie znałem Twojego zapachu, ale teraz będę znał – ciepły oddech wraz z każdym słowem podrażniał skórę. Oddech Sama stawał się coraz spokojniejszy, trochę kręciło mu się w głowie przez upływ krwi, ale nie chciał iść stąd, nie chciał szukać pomocy. Naprał jednak na Niko delikatnie tak, by się położyli, nawet jesli po prostu, chciał leżeć pośród miękkich kwiatów i uczyć się drugiego niedźwiedzia, aby nigdy więcej nie podnieść na niego ręki. Tak było lepiej. Senniej. Spokojniej. Dziwnie cicho i bezpiecznie. Kojąco.
– Masz bardzo piękny kolor futra. – powiedział nieoczekiwanie, cicho, z lekkim pomrukiem rozleniwienia, a może wszechogarniającego osłabienia teraz, gdy adrenalina opuszczała jego ciało na dobre. – Lśni w słońcu jak jaspis.
Sam podsunął się trochę, ocierając łzy mimochodem o koszulę chłopaka, ukrywając nos i twarz w załomie jego szyi.
– Nie znałem Twojego zapachu, ale teraz będę znał – ciepły oddech wraz z każdym słowem podrażniał skórę. Oddech Sama stawał się coraz spokojniejszy, trochę kręciło mu się w głowie przez upływ krwi, ale nie chciał iść stąd, nie chciał szukać pomocy. Naprał jednak na Niko delikatnie tak, by się położyli, nawet jesli po prostu, chciał leżeć pośród miękkich kwiatów i uczyć się drugiego niedźwiedzia, aby nigdy więcej nie podnieść na niego ręki. Tak było lepiej. Senniej. Spokojniej. Dziwnie cicho i bezpiecznie. Kojąco.
– Masz bardzo piękny kolor futra. – powiedział nieoczekiwanie, cicho, z lekkim pomrukiem rozleniwienia, a może wszechogarniającego osłabienia teraz, gdy adrenalina opuszczała jego ciało na dobre. – Lśni w słońcu jak jaspis.