08.05.2024, 11:23 ✶
Uniósł brwi w zdziwieniu, ale szybko na jego twarzy pojawił się uśmiech wdzięczności za tę ofertę. Nie żeby nie uważał, że sam sobie doskonale we wszystkim poradzi - całe zycie radził sobie sam, znał się na tym jak opatrzeć kozę, odbierał od niej poród, nastawiał złamane hipogryfie skrzydło, to jakieś ewentualne zlamanie czy zwichnięcie nie powinno nastręczyć problemów. A krew McGonagallóww, oraz fakt, że był młodym i zdrowym męzczyzną całe życie właściwie spędzając w ruchu, sprawiały, że jego ciało było bardzo wytrzymałe. Niemniej poczytał słowa Notta jako rzeczywistą chęć roztoczenia opieki. Okazania szacunku dla jego osoby. To było bardzo miłe. Nie żeby zamierzał cokolwiek sobie w tym ogrodzie robić, i tak był mniejszy i zdecydowanie bardziej... łatwy w obsłudze niż tereny okalające Warownie, którymi też poniekąd się teraz zajmował, nawet jeśli było to zajmowanie się pod kątem stolarki niż ogrodnictwa. Lubił pracować, ostatecznie nie ważne było co, tylko że w ogóle coś.
– Zimy, lata i jesienie, a nawet wiosny. Las przez całe życie był moim domem, jestem do niego nawykły zdecydowanie bardziej niżdo warunków które panują tutaj w mieście. – Zabawny wygibas językowy, to co dla mieszkańców metropolii było ledwie małym miasteczkiem, dla Samuela stanowiło wielkie zderzenie z cywilizacją – Idzie się przyzwyczaić oczywiście, też... ludzie nawykli do mnie trochę więc no... Jak mówiła moja matka, co nas nie zabija, to nas wzmacnia, a kto nie umie się adaptować tego czeka tylko zguba. – zacytował z nieukrywaną miłością, niepomny na to, że jego matka również nie dała mu narzędzi, żeby adaptować się w lesie. Być może zakładała, że jeśli sytuacja w Kniei zrobi się niewesoła, Sam po prostu znajdzie inny las. Być może nic nie zakładała, zaślepiona zaborczą krótowzrocznością, chęcią posiadania chłopca tylko dla siebie. A teraz on musiał nosić ten ciężar na swoich plecach.
Na moment tylko spochmurniał, ale zaraz potem wlał w siebie zawartość szklanicy. Chuchnął powietrzem przez zaciśnięte zęby, momentalnie czując jak alkohol rozlewa się po ciele, sprawiając że lipcowy upał był jeszcze trudniejszy do zniesienia. Nie ważne, przynajmniej mózg nie będzie za bardzo pływał w zgryzocie i tęsknocie za domem.
– Pan wybaczy, ale wróciłbym do pracy, skoro słońce jeszcze nie jest w zenicie. A potem koło południa przeszlibyśmy się do tej stadniny dobrze? Sprawdzimy pańskie maleństwa, może ten koniuszy nie jest aż taki zły. A jeśli jest to przestanie. – w uśmiechu mężczyzny pojawił się nieoczekiwanie jakiś drapieżny pazur. Pomruk niedźwiedzia, który potrafił być bardzo przyjaźnie nastawionym do ludzi i kontaktu z nimi stworzeniem, ale też przejawiał sporo opiekuńczych zachowań. Terytorialnych zachowań. A ten ogród, poniekąd, stał się teraz trochę jego, więc tym bardziej brak zaangażowania jakiejś osoby w opiekę nad poniekąd jego końmi okazywał się być bardzo... irytujący. Wrażenie jednak tak szybko jak się pojawiło tak zniknęło, gdy dobrotliwy blondyn chwycił znów za grabie i metodycznie powrócił do opieki nad roślinami Notta.
– Zimy, lata i jesienie, a nawet wiosny. Las przez całe życie był moim domem, jestem do niego nawykły zdecydowanie bardziej niżdo warunków które panują tutaj w mieście. – Zabawny wygibas językowy, to co dla mieszkańców metropolii było ledwie małym miasteczkiem, dla Samuela stanowiło wielkie zderzenie z cywilizacją – Idzie się przyzwyczaić oczywiście, też... ludzie nawykli do mnie trochę więc no... Jak mówiła moja matka, co nas nie zabija, to nas wzmacnia, a kto nie umie się adaptować tego czeka tylko zguba. – zacytował z nieukrywaną miłością, niepomny na to, że jego matka również nie dała mu narzędzi, żeby adaptować się w lesie. Być może zakładała, że jeśli sytuacja w Kniei zrobi się niewesoła, Sam po prostu znajdzie inny las. Być może nic nie zakładała, zaślepiona zaborczą krótowzrocznością, chęcią posiadania chłopca tylko dla siebie. A teraz on musiał nosić ten ciężar na swoich plecach.
Na moment tylko spochmurniał, ale zaraz potem wlał w siebie zawartość szklanicy. Chuchnął powietrzem przez zaciśnięte zęby, momentalnie czując jak alkohol rozlewa się po ciele, sprawiając że lipcowy upał był jeszcze trudniejszy do zniesienia. Nie ważne, przynajmniej mózg nie będzie za bardzo pływał w zgryzocie i tęsknocie za domem.
– Pan wybaczy, ale wróciłbym do pracy, skoro słońce jeszcze nie jest w zenicie. A potem koło południa przeszlibyśmy się do tej stadniny dobrze? Sprawdzimy pańskie maleństwa, może ten koniuszy nie jest aż taki zły. A jeśli jest to przestanie. – w uśmiechu mężczyzny pojawił się nieoczekiwanie jakiś drapieżny pazur. Pomruk niedźwiedzia, który potrafił być bardzo przyjaźnie nastawionym do ludzi i kontaktu z nimi stworzeniem, ale też przejawiał sporo opiekuńczych zachowań. Terytorialnych zachowań. A ten ogród, poniekąd, stał się teraz trochę jego, więc tym bardziej brak zaangażowania jakiejś osoby w opiekę nad poniekąd jego końmi okazywał się być bardzo... irytujący. Wrażenie jednak tak szybko jak się pojawiło tak zniknęło, gdy dobrotliwy blondyn chwycił znów za grabie i metodycznie powrócił do opieki nad roślinami Notta.