22.12.2022, 15:15 ✶
Jeżeli szło o Mackenzie, nie miała większych oporów wobec odwiedzin w skrzydle szpitalnym. Nie dysponowała prywatnym uzdrowicielem, a wiedziała, że jeśli chce być najlepsza na boisku, nie może pozwolić sobie na żadne, nawet najmniejsze kontuzje. Pielęgniarka oczywiście zawsze narzekała i powtarzała, że quidditcha powinno się zakazać, ale jej narzekania nie były gorsze od marudzeń matki. W przypadku łuku brwiowego jednak akurat maść, którą Kenzie dostała od rodzicielki, powinna do jutra załatwić sprawę.
– Wcale tutaj nie utknęłam! Nie muszę tu być!!!
Marta sprawiała takie wrażenie, jakby nie była pewna, czy na nie krzyczeć, płakać czy też zanurkować w sedesie i opryskać je wodą. Mackenzie przypatrywała się przez moment jej odbiciu w lusterku, nim przymknęła oczy, czując, że od tych pisków zaczyna boleć ją głowa.
– Może to któryś z nich zamordował Martę i ją tu umieścił. Dla dekoracji, by pasowała do standardów – mruknęła tylko, wciąż zaciskając powieki. Nie zdradziła tego, co naprawdę pomyślała. Że Heather gada bzdury. Matka Mackenzie była Ślizgonką, wiecznie rozczarowaną, że córka nie poszła w ślady rodzinnej tradycji. Ale może dziewczynie było pisane łamać wszystkie tradycje Greengrassów. Nie mniej, mimo wszystkich wad rodzicielki, nie mogła jej nienawidzić. Nie mogła więc nienawidzić i Ślizgonów.
Nauczyła się jednak, by nie mówić takich rzeczy na głos. Nie w Gryffindorze. A zwłaszcza nie wobec uczniów młodszych, bo jak zaobserwowała, podziały międzydomowe jakby trochę łagodniały. W większości przypadków.
– NIKT. MNIE. TU. NIE. UMIEŚCIŁ!!!
– W takim wypadku czemu Hogwart? – spytała Mackenzie, bez prawdziwego zainteresowania w głosie, wreszcie obracając się ku duchowi. – I jakie „ono”?
Marta zmieszała się jakby. Po jej policzkach znów spływały łzy, wielkie jak grochy.
– No dobrze! Muszę być w Hogwarcie! Kazali mi tu wrócić, gdy nastraszyłam tę okropną Olivię na ślubie jej brata! Ale wcale nie muszę być w łazience!!!
Świetnie. Czyli ponieważ Marta była zbyt nieznośna w świecie zewnętrznym, skazali na nią dzieci, które nie miały środków, by protestować. Mackenzie westchnęła, zastanawiając się, dlaczego jej nie egzorcyzmowano. Może dlatego, że wyglądała jak czternastoletnia dziewczynka?
– Ta „ono” to Olivia, czy co?
– Wcale tutaj nie utknęłam! Nie muszę tu być!!!
Marta sprawiała takie wrażenie, jakby nie była pewna, czy na nie krzyczeć, płakać czy też zanurkować w sedesie i opryskać je wodą. Mackenzie przypatrywała się przez moment jej odbiciu w lusterku, nim przymknęła oczy, czując, że od tych pisków zaczyna boleć ją głowa.
– Może to któryś z nich zamordował Martę i ją tu umieścił. Dla dekoracji, by pasowała do standardów – mruknęła tylko, wciąż zaciskając powieki. Nie zdradziła tego, co naprawdę pomyślała. Że Heather gada bzdury. Matka Mackenzie była Ślizgonką, wiecznie rozczarowaną, że córka nie poszła w ślady rodzinnej tradycji. Ale może dziewczynie było pisane łamać wszystkie tradycje Greengrassów. Nie mniej, mimo wszystkich wad rodzicielki, nie mogła jej nienawidzić. Nie mogła więc nienawidzić i Ślizgonów.
Nauczyła się jednak, by nie mówić takich rzeczy na głos. Nie w Gryffindorze. A zwłaszcza nie wobec uczniów młodszych, bo jak zaobserwowała, podziały międzydomowe jakby trochę łagodniały. W większości przypadków.
– NIKT. MNIE. TU. NIE. UMIEŚCIŁ!!!
– W takim wypadku czemu Hogwart? – spytała Mackenzie, bez prawdziwego zainteresowania w głosie, wreszcie obracając się ku duchowi. – I jakie „ono”?
Marta zmieszała się jakby. Po jej policzkach znów spływały łzy, wielkie jak grochy.
– No dobrze! Muszę być w Hogwarcie! Kazali mi tu wrócić, gdy nastraszyłam tę okropną Olivię na ślubie jej brata! Ale wcale nie muszę być w łazience!!!
Świetnie. Czyli ponieważ Marta była zbyt nieznośna w świecie zewnętrznym, skazali na nią dzieci, które nie miały środków, by protestować. Mackenzie westchnęła, zastanawiając się, dlaczego jej nie egzorcyzmowano. Może dlatego, że wyglądała jak czternastoletnia dziewczynka?
– Ta „ono” to Olivia, czy co?