Zgniatanie ludzi do poziomu paprocha, jak i doprowadzanie ich na skraj swojego jestestwa, nad swoistą dolinę Hadesu, nigdy nie leżało w jej zatrwożonej ambicji – jeśli czyniła to, robiła to mimowolnie, ponieważ zdawać by się mogło, że w kwiecie dwudziestu sześciu lat wciąż nie dorosła do podwiązek znaczących drogę podboju; jej myśli wciąż miękkie i kowalne, czyniły ją dziewczęciem bardziej, aniżeli kobietą – miała w sobie wszakże coś z lolity, welonem filuternych uśmiechów przysłaniając drapieżne zwierzę trzymane zaklęte w klatce płuc. Był to ten demon, który zatrzymał przy niej Logana Borgina na dłużej; który budził fascynację każdego, kto pozostawał wówczas w jej kręgu rażenia. Bo choć nie była cyniczną, zgorzkniałą chłodem lichwiarką, potrafiła odwoływać się do atawistycznych lęków ludzi. A skora była do okrucieństwa niepodszytego żadną z przyczyn; lubiła rozlew krwi, nie lubiąc brudzić sobie rąk jednocześnie. Duma, nie tak wyśrubowana, jak świadczyłoby o tym roziskrzone spojrzenie i pewna siebie postawa, potrafiła dawać przebłyski swojej mikrej obecności.
Nade wszystko jednak kochała się w prostych grach słownych.
– Gdybym chciała cię obrazić, poczułbyś to z pewnością dobitniej – odparła miękko, potrząsając lekko głową, pozwalając kosmyków loków zatańczyć wokół wyrazistych kości policzkowych, puentujących smukłą twarz o wielkich, sarnich oczach.
Zamarła na moment w jego oczach, ważąc smak odpowiednich słów; zmrużyła lekko oczy, zupełnie jakby chciała wedrzeć się do jego myśli bez pukania. Po chwili jednak oparła dłoń o stół, stukając o mahoniową powierzchnię paznokciami.
– Bez wodzenia za nos nie miałabym takiej radości! – odparła oburzona. – Czy nie mogę bez ukrytych motywów i celów spotkać się z serdecznym przyjacielem? – zabrzmiała pytaniem kłaniającym się retoryką, wyginając wargi w uśmiech, który poszerzył się na wspomnienie charakteru ich relacji.
Loretta osobą bogatą w przyjaciół nie była.
Uniosła jedynie papierosa ku wargom ponownie, a na jej czole zarysowała się na moment zmarszczka, wymownie świadcząca o namyśle.
– Spotykam się z tobą, bo lubię – rzekła w prostych słowach. – Moi adoratorzy to zupełnie inna kwestia; dlaczego miałoby mi zależeć na rozdrażnieniu ich, gdy jestem zaręczona? Daj spokój, Flint, nie jestem modelką, do której wzdycha się nad wizerunkiem w gazecie – dodała po chwili.