08.05.2024, 19:15 ✶
Och, Florence bardzo się starała, aby jej posiłki były pożywne. Ale co z tego, skoro nie miała czasu zjeść ich w spokoju? Niedojedzona sałatka i teraz została na stole, kiedy Bulstrode skierowała się ku schodom, prowadzącym na niższe piętra.
– Nie chciałam się wtrącać w prywatne sprawy kolegów z pracy, ale jeżeli doprowadzili do zamieszania na oddziale, to najwyższa pora, aby to zmienić – zgodziła się z Prewettem, marszcząc czoło. Ostatnim razem doszło tylko do kłótni na środku korytarza i wyczarowania stada dziobiących ptaków. Już to zdaniem Florence absolutnie nie licowało z powagą zawodu uzdrowiciela, ale nie zdezorganizowało pracy szpitala, nie odbyło się na oczach pacjentów i nikt nie wzywał innych magimedyków na pomoc.
Tym razem jednak sytuacja musiała być poważniejsza.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Basiliusie. Chciałam jedynie, by jasno wyjaśnił sytuację, bo wyraźnie ma z tym problemy. Powinien wreszcie nauczyć się werbalnego kontaktowania z ludźmi. Jak inaczej będzie wydawał zalecenia pacjentom? – powiedziała, chociaż kącik ust jakby drgnął jej lekko… ale to mogło być zaledwie złudzenie, bo zaraz minęła ich przemoczona kobieta, a uszu Florence Bulstrode dobiegł grzmot.
I pomyśleć, że sądziła, że ta „burza” na oddziale jest metaforyczna! Wskazuje na kłótnię, bójkę, może rzucenie paru wrednych zaklęć!
Florence przyspieszyła jeszcze bardziej. Nie biegła, ale szła tak szybko, jak tylko się bez tego biegu dało. I gdy wyłoniła się zza zakrętu dotrzegła co następuje: pod sufitem na korytarzu unosiła się chmura, z której padał bardzo rzęsisty deszcz, a stojący pod rzeczoną chmurą młody mężczyzna był otoczony przez trzaskające raz za razem pioruny. Uzdrowiciel z wydziału, otoczony ochronną barierą, mówił coś do niego (szum wody i trzaski sprawiały, że nie dało się usłyszeć co), a panna Stacey, jedna ze starszych uzdrowicielek z oddziału zatruć, stała parę kroków od granicy deszczu, i machała różdżką, próbując czarować, ale nic nie wychodziło z jej starań. Korytarz był już cały mokry, a woda spływała daleko poza miejsce, gdzie padał deszcz. Oczy Florence otworzyły się szerzej i odruchowo sięgnęła po różdżkę.
– Co tutaj się wyprawia, Stacey?
– Florence, Basilius! – ucieszyła się Stacey, odwracając do nich, a za jej plecami walnęła błyskawica. – Katastrofa, katastrofa. Ktoś rzucił tutaj… nie jestem pewna, chyba klątwę, bo sobie zupełnie nie mogę poradzić, moja specjalność to przecież zatrucia eliksirami, a tutaj pada, grzmi, musieliśmy bardzo rozdrażnić jakiegoś pacjenta, że zrobił nam tak nieładny psikus. To zdenerwowało biednego pana Clarka, który trochę podtruł się kadzidłem i otoczyły go błyskawice…
– Klątwa żywiołów.
– Tak, chyba tak. Zrobi sobie krzywdę, ale nie może przestać! Ethan próbuje go uspokoić, ale chyba mu nie idzie. Biedna Dolores utknęła w swoim gabinecie, jest akurat obok centrum tego zamieszania. Posłałam po was, bo wiem, że macie dyżur, a może rozwiejecie te chmury i pan Clark się wreszcie uspokoi?
– Nie chciałam się wtrącać w prywatne sprawy kolegów z pracy, ale jeżeli doprowadzili do zamieszania na oddziale, to najwyższa pora, aby to zmienić – zgodziła się z Prewettem, marszcząc czoło. Ostatnim razem doszło tylko do kłótni na środku korytarza i wyczarowania stada dziobiących ptaków. Już to zdaniem Florence absolutnie nie licowało z powagą zawodu uzdrowiciela, ale nie zdezorganizowało pracy szpitala, nie odbyło się na oczach pacjentów i nikt nie wzywał innych magimedyków na pomoc.
Tym razem jednak sytuacja musiała być poważniejsza.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Basiliusie. Chciałam jedynie, by jasno wyjaśnił sytuację, bo wyraźnie ma z tym problemy. Powinien wreszcie nauczyć się werbalnego kontaktowania z ludźmi. Jak inaczej będzie wydawał zalecenia pacjentom? – powiedziała, chociaż kącik ust jakby drgnął jej lekko… ale to mogło być zaledwie złudzenie, bo zaraz minęła ich przemoczona kobieta, a uszu Florence Bulstrode dobiegł grzmot.
I pomyśleć, że sądziła, że ta „burza” na oddziale jest metaforyczna! Wskazuje na kłótnię, bójkę, może rzucenie paru wrednych zaklęć!
Florence przyspieszyła jeszcze bardziej. Nie biegła, ale szła tak szybko, jak tylko się bez tego biegu dało. I gdy wyłoniła się zza zakrętu dotrzegła co następuje: pod sufitem na korytarzu unosiła się chmura, z której padał bardzo rzęsisty deszcz, a stojący pod rzeczoną chmurą młody mężczyzna był otoczony przez trzaskające raz za razem pioruny. Uzdrowiciel z wydziału, otoczony ochronną barierą, mówił coś do niego (szum wody i trzaski sprawiały, że nie dało się usłyszeć co), a panna Stacey, jedna ze starszych uzdrowicielek z oddziału zatruć, stała parę kroków od granicy deszczu, i machała różdżką, próbując czarować, ale nic nie wychodziło z jej starań. Korytarz był już cały mokry, a woda spływała daleko poza miejsce, gdzie padał deszcz. Oczy Florence otworzyły się szerzej i odruchowo sięgnęła po różdżkę.
– Co tutaj się wyprawia, Stacey?
– Florence, Basilius! – ucieszyła się Stacey, odwracając do nich, a za jej plecami walnęła błyskawica. – Katastrofa, katastrofa. Ktoś rzucił tutaj… nie jestem pewna, chyba klątwę, bo sobie zupełnie nie mogę poradzić, moja specjalność to przecież zatrucia eliksirami, a tutaj pada, grzmi, musieliśmy bardzo rozdrażnić jakiegoś pacjenta, że zrobił nam tak nieładny psikus. To zdenerwowało biednego pana Clarka, który trochę podtruł się kadzidłem i otoczyły go błyskawice…
– Klątwa żywiołów.
– Tak, chyba tak. Zrobi sobie krzywdę, ale nie może przestać! Ethan próbuje go uspokoić, ale chyba mu nie idzie. Biedna Dolores utknęła w swoim gabinecie, jest akurat obok centrum tego zamieszania. Posłałam po was, bo wiem, że macie dyżur, a może rozwiejecie te chmury i pan Clark się wreszcie uspokoi?