Dostrzegalną w uśmiechu Samuela wdzięczność odebrał jako coś szczerego. Możliwe, że ten mężczyzna nigdy nie skorzysta z jego propozycji, jednak nie stanowiło dla niego to najmniejszego problemu. Dopuszczał tylko taką ewentualność przez to, że podczas pracy zdarzały się jakiekolwiek wypadki. Praca ogrodnika wydawała się być znacznie bezpieczniejszą, niż ta którą on wykonywał - Quidditch to fascynujący i zarazem brutalny sport. Grał na pozycji najczęściej faulowanego zawodnika.
— Miasta mają swoje wady, jednak oferują wiele rzeczy... wygód, których nie znajdzie się w lesie. Zwłaszcza jesienią i zimą. — Faktyczne postawienie się w sytuacji Samuela było dla niego nieco trudne, bo nie wyobrażał sobie spędzania całych miesięcy w tak polowych warunkach, z dala od wszelakich wygód i dóbr. Zastanawiał się, jak on sobie radził w takich warunkach. On na jego miejscu bardzo szybko zatęskniłby do cywilizacji, a już na pewno nie przetrwałby jesieni i zimy w leśnej głuszy.
— Nie jesteś w końcu potworem z lasu, aby nie nawykli. Z pewnością miała rację, choć mi byłoby trudno zaadaptować się do życia z dala od miast. — Zdaniem Philipa rekreacyjne pobyty na łonie natury to coś zupełnie innego, niż osiedlenie się w głębi lasu. Pomijając bytujące w Kniei potwory, tak były jeszcze dzikie zwierzęta i magiczne stworzenia, trudny teren i nieznane mu rośliny, zarówno magiczne jak i zupełnie zwyczajne. Brał też pod uwagę ryzyko spotkania z wilkołakiem, niosące ze sobą poważne konsekwencje przemiany.
— W takim razie już nie zagaduję. Oczywiście, zaprowadzę cię. Maleństwami bym ich nie nazwał. Obecnie nie jestem zadowolony z jakości wykonywanej przez niego pracy, może po tej rozmowie się to zmieni albo go zwolnię. — Po wypowiedzeniu tych słów postanowił się oddalić i pozwolić Samuelowi w spokoju pracować. Musiał przyznać, że zaintrygowała go ta drapieżność w uśmiechu ogrodnika. Odchodząc gwizdnął na swoje psidwaki. Do południa zamierzał jedynie wypoczywać, zgodnie ze swoim wcześniejszym planem. Leżąc na leżaku wystawiał twarz do słońca, czasem zerkając na pracującego w pocie czoła Samuela oraz kręcące się po ogrodzie czworonogi.
Koło południa postanowił zaprowadzić Samuela do stajni, w której przebywały przez większość czasu należące do niego wierzchowce. Poza ogrodzeniem, z budynkiem praktycznie sąsiadował domek opiekuna tych zwierząt. Sam zamierzał się z nim w tym momencie z nim rozmówić po to, aby pokazać ogrodnikowi sytuację. Konie wydawały się zadbane, jednak samej stajni było dla niego zbyt brudno i to bardzo mu przeszkadzało, gdyż nie tolerował smrodu. Po oględzinach Samuel zakończył pracę i opuścił jego posesję po otrzymaniu zapłaty i pożegnaniu się.