08.05.2024, 23:37 ✶
On i Windermere byli jednym.
Nie słyszał podjętej przez resztę towarzyszy dyskusji, nie dane mu było zaszczycić odpowiedzią zadanych mu pytań, ani zripostować rzuconych w jego stronę obelg - przez chwilę nie słyszał niczego, poza przytłaczającą zmysły, martwą ciszą podwodnej topieli - bo tonął w wodach jeziora.
Oddałem ci swoje ciało, Windermere - oczy, uszy, dłonie - a nie swoją duszę, pomyślał gniewnie, kiedy już wyrwał się z mgły wizji, chwytając gwałtownie powietrze. Zaniósł się kaszlem. Powinien wiedzieć od samego początku, że to miejsce jest przeklęte.
Zaniedbane, tchnące dzikością Windermere, mogło się wydawać niemal pięknym, kiedy trwało skąpane w słońcu, tak jak i on mógł się wydawać niemal sobą - tym starym sobą, tym lepszym sobą - kiedy jego twarz opromieniał blask uśmiech Rosie.
Windermere, bujające życiem aż do przesytu - tak jak on znajdujące rozkosz w hedonizmie, kryjące swoją ohydę pod pozornym pięknem - to miejsce było spaczone, spierdolone, tak jak on, z tej przeklętej ziemi nie mogło wyrosnąć nic dobrego, bo w każdym kiełkującym kwiecie, krzaku, drzewie tkwił ten sam pierwotny popęd do destrukcji, co i w nim.
Windermere, które od samego początku traktował nieufnie, z niechęcią wręcz, które chciał opuścić, ledwie tutaj przyjechali - ale przecież został - zostali, dzięki Ambrosii, przekonującej go, że to miejsce jest tego warte; tak samo, jak usilnie przekonywała Alexandra, że go kocha, że chce być z nim, że on jest wart jej... W Windermere mogli być dla siebie kim tylko by zechcieli, tak samo jak w jego snach.
Wreszcie, Windermere - abominacja. Żywe trupy? Na początku, wszystkie miały twarz jego brata, ale potem uświadomił sobie, że to miejsce napawało go takim samym obrzydzeniem, jak czuł, patrząc na swoje własne odbicie w jeziornej tafli.
On i Windermere byli jednym i tym samym bytem, dlatego nienawidził go wściekłą pasją.
Już dawno powinien umrzeć, stwierdził, czując, jak tonie. Chciał umrzeć, więc dlaczego wciąż walczył? Przez chwilę widział tylko czerwień. Gdyby tylko nie ten nieznośny ból rozdzierający pierś, gdyby nie narastająca panika i krew dookoła... Pierdolone Windermere. Zdradziło go.
Patrzył jego oczami, a ono patrzyło wgłąb niego. Jak śmiesz, chciał wrzeszczeć, ale nie mógł nawet zaczerpnąć powietrza. Męczyła go ta wizja. Męczyło go Windermere, to zdradzieckie Windermere, które znało jego samobójcze marzenia.
Dusił się, ale wciąż walczył o oddech. Po co?
Alexander nie walczyłby - poczekałby, aż zadziałają leki, aż jego oddech zwolni - nie czułby też bólu, i przede wszystkim, nie widziałby czerwieni. Tonąc w zielonych wodach jeziora, myślałby tylko o oczach Ambrosii, i odszedłby spokojny.
- Kurwa - zaśmiał się: dziwny musiał być to widok, kiedy jeszcze przed chwilą wypluwał płuca, a teraz, kiedy wizja się skończyła, i wreszcie zdołał zaczerpnąć oddechu, wyprostował się, i zaniósł chryplawym śmiechem. - Jezioro. Mówiłem, kurwa, że chodzi o jezioro. Tonąłem. - Nie brzmiał na spanikowanego. Na szalonego? Może. Splunął na bok, i otarł usta dłonią.
- Wszędzie, kurwa, czerwień. Co to miało, kurwa, być - mamrotał dalej. Chwycił Ambrosię za rękę, nie wiadomo, czy po to, by samemu się uspokoić, czy po to, by ukoić jej nadszarpnięte nerwy. Nie musiał się nawet wysilać, by przestawić ją z linii ognia między nim a Mildred, którą nagle obrzucił ostrym spojrzeniem. - Nawet ty - ty suko, miał ochotę dodać, ale jakimś cudem zmełł przekleństwo w ustach, i tylko jego ton przesycony był kpiącym rozbawieniem, choć Mulciberowi wcale nie było do śmiechu.
Nie myślał o czerwieni zalewającej wody Windermere. Myślał o czerwonych niciach powiązań, które oplatały ich ciała więzami dzikszymi od listowia Windermere, tak bardzo kontrastując z delikatnością czerwonej niteczki losu - rodem z orientalnej legendy, którą Ambrosia zawsze tak bardzo lubiła przywoływać - zawiązywanej na małych palcach dłoni ludzi złączonych przeznaczeniem. Na co komu obroża, skoro te pierdolone nici powiązań krępowały go lepiej niż jakikolwiek kaganiec?
- Myślisz, że nie widziałem tej czerwonej poświaty?
Gdyby mógł, rzuciłby to Mildred w twarz, wysyczał to, z okrutną satysfakcją patrząc na skonfliktowane obrzydzenie malujące się na jej obliczu - a może i lęk, bo co, bo nie spodziewała się, że on zobaczy? - z sadystycznym przyjemnością obserwując kolejny wybuch wściekłości, tym razem w pełni świadomy jej słów. Może nie powinien tak się bać jej miodowych oczu, pomyślał złośliwie, może to szaleństwo, o które ją podejrzewał, niczym nie różniło się od spierdolenia w jego własnej głowie.
Ale Moody była w tym momencie jego najmniejszym zmartwieniem. Przestał patrzeć na nią; nagle popatrzył dalej, na Morpheusa, jakby to do niego kierował te słowa.
Gdyby mógł, powiedziałby mu to wprost, stojąc przed mężczyzną w niekomfortowo bliskiej odległości, tak, jak gdyby chciał wszcząć szczeniacką bójkę. Cofnąłby się? Czy Mulciber w ogóle chciał, żeby się cofnął? Co mają znaczyć te nici, spytałby, chłodnym, służbowym tonem, jak gdyby natrafili na nieprzewidziany problem podczas pracy nad projektem. Gdyby Morpheus roześmiał mu się w twarz, byłoby prościej...
A co, gdyby mrugnął?
Nie, nie dbał o nich wszystkich. Gdyby mógł, powiedziałby to tylko Ambrosii, cicho, czule - tak, by nikt inny nie usłyszał żaru w jego głosie - jego "widziałem" byłoby niewiele głośniejsze od szeptu, tonącego w fali słodkich westchnień leżącej obok kobiety, tak jak on tonął - we własnej niepewności - rozdarty między zazdrością, ciekawością a ślepym uwielbieniem.
Uwielbieniem, którym nie była w stanie zachwiać nawet magia Windermere.
- On też ją widział. Śpiący. Śniący? - zaczął mówić, szybko, ostro, najkonkretniej jak umiał, choć wizjom daleko było od konkretów. Głos miał trochę zdarty od kaszlu, więc też łatwiej było mu wyjaśnić swoje widzenie urywanymi, krótkimi słowami. - Dlatego się obudził. Wyczuł krew. Woda była czerwona od krwi. Przestałem widzieć. Czułem tylko, że za moimi plecami dzieje się coś strasznego. A wtedy On - ten mężczyzna, z ciałem opleciony przez ciemność i gałęzie - Śniący - uniósł głowę.
Umilkł. Dalej nie sądzili, że jezioro jest ważne? Pokręcił tylko powoli głową.
- Dalej, przeprowadź swój pierdolony egzorcyzm, Bletchley, nie odstawaj od tego wesołego towarzystwa. Chętnie zobaczę, jak ciebie też spowija czerwień.
Mulciber przytrzymał się drzewa, bo znowu chwycił go kaszel.
A może to był śmiech.
Życzę ci, żeby to była, kurwa, krew, a nie te pierdolone nici.
To miejsce potrzebowało czegoś więcej niż egzorcyzmu. Trzeba je było spalić do gołej ziemi.
Nie słyszał podjętej przez resztę towarzyszy dyskusji, nie dane mu było zaszczycić odpowiedzią zadanych mu pytań, ani zripostować rzuconych w jego stronę obelg - przez chwilę nie słyszał niczego, poza przytłaczającą zmysły, martwą ciszą podwodnej topieli - bo tonął w wodach jeziora.
Oddałem ci swoje ciało, Windermere - oczy, uszy, dłonie - a nie swoją duszę, pomyślał gniewnie, kiedy już wyrwał się z mgły wizji, chwytając gwałtownie powietrze. Zaniósł się kaszlem. Powinien wiedzieć od samego początku, że to miejsce jest przeklęte.
Zaniedbane, tchnące dzikością Windermere, mogło się wydawać niemal pięknym, kiedy trwało skąpane w słońcu, tak jak i on mógł się wydawać niemal sobą - tym starym sobą, tym lepszym sobą - kiedy jego twarz opromieniał blask uśmiech Rosie.
Windermere, bujające życiem aż do przesytu - tak jak on znajdujące rozkosz w hedonizmie, kryjące swoją ohydę pod pozornym pięknem - to miejsce było spaczone, spierdolone, tak jak on, z tej przeklętej ziemi nie mogło wyrosnąć nic dobrego, bo w każdym kiełkującym kwiecie, krzaku, drzewie tkwił ten sam pierwotny popęd do destrukcji, co i w nim.
Windermere, które od samego początku traktował nieufnie, z niechęcią wręcz, które chciał opuścić, ledwie tutaj przyjechali - ale przecież został - zostali, dzięki Ambrosii, przekonującej go, że to miejsce jest tego warte; tak samo, jak usilnie przekonywała Alexandra, że go kocha, że chce być z nim, że on jest wart jej... W Windermere mogli być dla siebie kim tylko by zechcieli, tak samo jak w jego snach.
Wreszcie, Windermere - abominacja. Żywe trupy? Na początku, wszystkie miały twarz jego brata, ale potem uświadomił sobie, że to miejsce napawało go takim samym obrzydzeniem, jak czuł, patrząc na swoje własne odbicie w jeziornej tafli.
On i Windermere byli jednym i tym samym bytem, dlatego nienawidził go wściekłą pasją.
Już dawno powinien umrzeć, stwierdził, czując, jak tonie. Chciał umrzeć, więc dlaczego wciąż walczył? Przez chwilę widział tylko czerwień. Gdyby tylko nie ten nieznośny ból rozdzierający pierś, gdyby nie narastająca panika i krew dookoła... Pierdolone Windermere. Zdradziło go.
Patrzył jego oczami, a ono patrzyło wgłąb niego. Jak śmiesz, chciał wrzeszczeć, ale nie mógł nawet zaczerpnąć powietrza. Męczyła go ta wizja. Męczyło go Windermere, to zdradzieckie Windermere, które znało jego samobójcze marzenia.
Dusił się, ale wciąż walczył o oddech. Po co?
Alexander nie walczyłby - poczekałby, aż zadziałają leki, aż jego oddech zwolni - nie czułby też bólu, i przede wszystkim, nie widziałby czerwieni. Tonąc w zielonych wodach jeziora, myślałby tylko o oczach Ambrosii, i odszedłby spokojny.
- Kurwa - zaśmiał się: dziwny musiał być to widok, kiedy jeszcze przed chwilą wypluwał płuca, a teraz, kiedy wizja się skończyła, i wreszcie zdołał zaczerpnąć oddechu, wyprostował się, i zaniósł chryplawym śmiechem. - Jezioro. Mówiłem, kurwa, że chodzi o jezioro. Tonąłem. - Nie brzmiał na spanikowanego. Na szalonego? Może. Splunął na bok, i otarł usta dłonią.
- Wszędzie, kurwa, czerwień. Co to miało, kurwa, być - mamrotał dalej. Chwycił Ambrosię za rękę, nie wiadomo, czy po to, by samemu się uspokoić, czy po to, by ukoić jej nadszarpnięte nerwy. Nie musiał się nawet wysilać, by przestawić ją z linii ognia między nim a Mildred, którą nagle obrzucił ostrym spojrzeniem. - Nawet ty - ty suko, miał ochotę dodać, ale jakimś cudem zmełł przekleństwo w ustach, i tylko jego ton przesycony był kpiącym rozbawieniem, choć Mulciberowi wcale nie było do śmiechu.
Nie myślał o czerwieni zalewającej wody Windermere. Myślał o czerwonych niciach powiązań, które oplatały ich ciała więzami dzikszymi od listowia Windermere, tak bardzo kontrastując z delikatnością czerwonej niteczki losu - rodem z orientalnej legendy, którą Ambrosia zawsze tak bardzo lubiła przywoływać - zawiązywanej na małych palcach dłoni ludzi złączonych przeznaczeniem. Na co komu obroża, skoro te pierdolone nici powiązań krępowały go lepiej niż jakikolwiek kaganiec?
- Myślisz, że nie widziałem tej czerwonej poświaty?
Gdyby mógł, rzuciłby to Mildred w twarz, wysyczał to, z okrutną satysfakcją patrząc na skonfliktowane obrzydzenie malujące się na jej obliczu - a może i lęk, bo co, bo nie spodziewała się, że on zobaczy? - z sadystycznym przyjemnością obserwując kolejny wybuch wściekłości, tym razem w pełni świadomy jej słów. Może nie powinien tak się bać jej miodowych oczu, pomyślał złośliwie, może to szaleństwo, o które ją podejrzewał, niczym nie różniło się od spierdolenia w jego własnej głowie.
Ale Moody była w tym momencie jego najmniejszym zmartwieniem. Przestał patrzeć na nią; nagle popatrzył dalej, na Morpheusa, jakby to do niego kierował te słowa.
Gdyby mógł, powiedziałby mu to wprost, stojąc przed mężczyzną w niekomfortowo bliskiej odległości, tak, jak gdyby chciał wszcząć szczeniacką bójkę. Cofnąłby się? Czy Mulciber w ogóle chciał, żeby się cofnął? Co mają znaczyć te nici, spytałby, chłodnym, służbowym tonem, jak gdyby natrafili na nieprzewidziany problem podczas pracy nad projektem. Gdyby Morpheus roześmiał mu się w twarz, byłoby prościej...
A co, gdyby mrugnął?
Nie, nie dbał o nich wszystkich. Gdyby mógł, powiedziałby to tylko Ambrosii, cicho, czule - tak, by nikt inny nie usłyszał żaru w jego głosie - jego "widziałem" byłoby niewiele głośniejsze od szeptu, tonącego w fali słodkich westchnień leżącej obok kobiety, tak jak on tonął - we własnej niepewności - rozdarty między zazdrością, ciekawością a ślepym uwielbieniem.
Uwielbieniem, którym nie była w stanie zachwiać nawet magia Windermere.
- On też ją widział. Śpiący. Śniący? - zaczął mówić, szybko, ostro, najkonkretniej jak umiał, choć wizjom daleko było od konkretów. Głos miał trochę zdarty od kaszlu, więc też łatwiej było mu wyjaśnić swoje widzenie urywanymi, krótkimi słowami. - Dlatego się obudził. Wyczuł krew. Woda była czerwona od krwi. Przestałem widzieć. Czułem tylko, że za moimi plecami dzieje się coś strasznego. A wtedy On - ten mężczyzna, z ciałem opleciony przez ciemność i gałęzie - Śniący - uniósł głowę.
Umilkł. Dalej nie sądzili, że jezioro jest ważne? Pokręcił tylko powoli głową.
- Dalej, przeprowadź swój pierdolony egzorcyzm, Bletchley, nie odstawaj od tego wesołego towarzystwa. Chętnie zobaczę, jak ciebie też spowija czerwień.
Mulciber przytrzymał się drzewa, bo znowu chwycił go kaszel.
A może to był śmiech.
Życzę ci, żeby to była, kurwa, krew, a nie te pierdolone nici.
To miejsce potrzebowało czegoś więcej niż egzorcyzmu. Trzeba je było spalić do gołej ziemi.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat