09.05.2024, 09:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.05.2024, 13:58 przez Millie Moody.)
Skonfliktowane obrzydzenie? Lęk? To były zapewne pobożne życzenia Alexandra, groźba chociaż raz jeden chybiona. Millie wykrzywiła twarz w swoim ulubionym paskudnym uśmiechu szukającej, która dostrzegła złoty błysk lśniący w oddali i miała pełną świadomość, że jest o połowę bliżej celu niż jej konkurent z przeciwnej drużyny. Gdy tylko Alexander odsunął spomiędzy nich Ambrosię w jednym kroku znów znalazła się przy nim i chwyciła za chachły gwałtownie przyciągając do siebie, zaskakującą jak na chuchro którym była siłą. Cóż, może to kwestia żylastości, może karaluszej niezniszczalności.
– Na prawdę sądzisz, że kazałabym Ci na nie patrzeć, gdybym nie wiedziała co zobaczysz Alexandrze? – syknęła mu wprost do ucha, wplatając w każde słowo oślizgłą słodycz nienawiści do jego osoby. Nie było tam wielu myśli, głębi refleksji i analizy tego dziwnego układu w którym między bliźniaczymi gwiazdami krążącymi wokół siebie, co jakiś czas trafiała kometa oznaczona podwójnym M. Ale agresja i pogarda leżała bardzo blisko w słowniku Moody obok pożądania. Inaczej nie miałaby tylu kochanków wśród czystokrwistych, inaczej nie pławiłaby się w ich skonfliktowaniu i obrzydzeniu do samych siebie, gdy opuszczała ich pokój bez słowa pożegnania, średnio zainteresowana utrzymaniem jakiegokolwiek później kontaktu.
Zaraz potem wypuściła go i wyminęła, nie uraczając nawet kopniakiem w kostkę, ignorując całe towarzystwo łącznie z Morfiną, który widać za dużo czasu spędzał z warowniową psiarnią.
– Las i jezioro się nie wykluczają. Zobaczmy o co chodzi z tymi gałęziami i jak szybko się to gówno się regeneruje – Millie pozostawała kobietą czynu, a jakieś tam naoczne świadkowanie pojeba z departamentu tajemnic było mało wystarczające. Bunt roślin opisywany jej przez innych - bardziej wiarygodnych świadków, nie działał w takim zastraszającym tempie.
Nie odeszła daleko od nich, stanęła na linii lasu. Działa metodycznie, zaskakująco spokojnie jak na małe starcie się z Mulciberem, zupełnie jakby jego próba ostatecznego dopierdolenia jej zadziałała kompletnie odwrotnie z intencją. Odetchnęła i zaczęła od trawy i jęła orać ją glanem, a następnie od ręki złamała trzy gałązki krzaka i wyrwała z ziemi kwiat.
– Na prawdę sądzisz, że kazałabym Ci na nie patrzeć, gdybym nie wiedziała co zobaczysz Alexandrze? – syknęła mu wprost do ucha, wplatając w każde słowo oślizgłą słodycz nienawiści do jego osoby. Nie było tam wielu myśli, głębi refleksji i analizy tego dziwnego układu w którym między bliźniaczymi gwiazdami krążącymi wokół siebie, co jakiś czas trafiała kometa oznaczona podwójnym M. Ale agresja i pogarda leżała bardzo blisko w słowniku Moody obok pożądania. Inaczej nie miałaby tylu kochanków wśród czystokrwistych, inaczej nie pławiłaby się w ich skonfliktowaniu i obrzydzeniu do samych siebie, gdy opuszczała ich pokój bez słowa pożegnania, średnio zainteresowana utrzymaniem jakiegokolwiek później kontaktu.
Zaraz potem wypuściła go i wyminęła, nie uraczając nawet kopniakiem w kostkę, ignorując całe towarzystwo łącznie z Morfiną, który widać za dużo czasu spędzał z warowniową psiarnią.
– Las i jezioro się nie wykluczają. Zobaczmy o co chodzi z tymi gałęziami i jak szybko się to gówno się regeneruje – Millie pozostawała kobietą czynu, a jakieś tam naoczne świadkowanie pojeba z departamentu tajemnic było mało wystarczające. Bunt roślin opisywany jej przez innych - bardziej wiarygodnych świadków, nie działał w takim zastraszającym tempie.
Nie odeszła daleko od nich, stanęła na linii lasu. Działa metodycznie, zaskakująco spokojnie jak na małe starcie się z Mulciberem, zupełnie jakby jego próba ostatecznego dopierdolenia jej zadziałała kompletnie odwrotnie z intencją. Odetchnęła i zaczęła od trawy i jęła orać ją glanem, a następnie od ręki złamała trzy gałązki krzaka i wyrwała z ziemi kwiat.
Koniec sesji