09.05.2024, 20:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.05.2024, 20:30 przez Astaroth Yaxley.)
- Obawiam się, że masz rację - stwierdziłem z łobuzerskim uśmiechem. Tak, przemawiała przeze mnie satysfakcja. I czyżbym znalazł kolejny plus bycia wampirem? Hell yeah! Skończyły się czasy, kiedy z reguły pierwszy odpadałem na takich posiadówkach z siostrą. Teraz Geraldine nie miala ze mną jakichkolwiek szans, chyba że jednak wymyśli eliksiry dla mnie, co mnie zmiotą z pionu... Cóż, nie mówiłem nie, ale aktualnie zamierzałem to przełożyć na później.
Odprowadziłem kawałek siostrę do jej pokoju, po czym sam skierowałem się do swojej komnaty. Tam miałem przygotowaną ciemnię na wypadek słonecznego dnia, ale też stertę książek i nudę zapewne, ale obawiałem się zasnąć ze świadomością, że na nogach jest pijany, zwariowany staruszek, przy okazji zapominający swoich synów. Wolałem nie ryzykować, a też być w razie czego czujnym, gdybym tym razem rzucił się z rękoma na kogoś ze służby albo z rodziny. Może nie powinienem ich zostawiać samych sobie, w sensie rodziców, ale czułem się zdrowszy, kiedy mieszkałem z dala od nich. Zdrowszy...
Pochylałem się nad tomem o strukturach łowieckich w Południowej Afryce, kiedy dało się słyszeć krzyk Geraldine. Nie pomyliłbym tego głosu z żadnym innym i mnie zmroziło, bo zdawało mi się w pierwszej myśli, że jedna z moich czarnowidzkich wizji miała właśnie okazję dziać się na jawie.
Oczywiście, że od razu zerwałem się na równe nogi. Odrzuciłem książkę na bok i chwyciłem za topór, który miałem zawieszony na ścianie. Nie wiem, co zamierzałem nim zdziałać, ale najwyraźniej przestraszyć oprawcę. Gdzieś tam w kieszeni miałem różdżkę. Nie sprawdzałem, czy wciąż tam tkwiła, bo zdawało mi się, że ją czuję. Uwierała mnie w udo.
Okazało się, że Geraldine wystraszona znajdowała się w łóżku. Bezpieczna. I jej wrzask nie zaalarmował tylko mnie, tylko cały dom, który zaczął się po kolei tu zbierać. Byli wszyscy z wyjątkiem ojca... Był nawet Thoran. Ratowało go to, że troszczył się o Geraldine, inaczej może bym wykorzystał poziom naostrzenia tej broni, przetestował na jego gardle. Ugh. Za nic w świecie nie wypiłbym jego krwi.
Poprosiłem ludzi by się rozeszli, a kiedy zostałem sam z Geraldine i Thoranem... Cóż, postanowiłem się odezwać.
- Ojca tu nie było. Myślę, że powinniśmy opowiedzieć Thoranowi, co się działo z jego koniem... - zauważyłem, chcąc odstawić topór na podłogę pod ścianą, ale ostatecznie jednak zaniechałem. Mógł się jeszcze przydać. Jeśli nie do cięcia, to do ogłuszania.
I może by tak też olśnić Thorana, że w świecie naszego staruszka przestał już istnieć...?
Odprowadziłem kawałek siostrę do jej pokoju, po czym sam skierowałem się do swojej komnaty. Tam miałem przygotowaną ciemnię na wypadek słonecznego dnia, ale też stertę książek i nudę zapewne, ale obawiałem się zasnąć ze świadomością, że na nogach jest pijany, zwariowany staruszek, przy okazji zapominający swoich synów. Wolałem nie ryzykować, a też być w razie czego czujnym, gdybym tym razem rzucił się z rękoma na kogoś ze służby albo z rodziny. Może nie powinienem ich zostawiać samych sobie, w sensie rodziców, ale czułem się zdrowszy, kiedy mieszkałem z dala od nich. Zdrowszy...
Pochylałem się nad tomem o strukturach łowieckich w Południowej Afryce, kiedy dało się słyszeć krzyk Geraldine. Nie pomyliłbym tego głosu z żadnym innym i mnie zmroziło, bo zdawało mi się w pierwszej myśli, że jedna z moich czarnowidzkich wizji miała właśnie okazję dziać się na jawie.
Oczywiście, że od razu zerwałem się na równe nogi. Odrzuciłem książkę na bok i chwyciłem za topór, który miałem zawieszony na ścianie. Nie wiem, co zamierzałem nim zdziałać, ale najwyraźniej przestraszyć oprawcę. Gdzieś tam w kieszeni miałem różdżkę. Nie sprawdzałem, czy wciąż tam tkwiła, bo zdawało mi się, że ją czuję. Uwierała mnie w udo.
Okazało się, że Geraldine wystraszona znajdowała się w łóżku. Bezpieczna. I jej wrzask nie zaalarmował tylko mnie, tylko cały dom, który zaczął się po kolei tu zbierać. Byli wszyscy z wyjątkiem ojca... Był nawet Thoran. Ratowało go to, że troszczył się o Geraldine, inaczej może bym wykorzystał poziom naostrzenia tej broni, przetestował na jego gardle. Ugh. Za nic w świecie nie wypiłbym jego krwi.
Poprosiłem ludzi by się rozeszli, a kiedy zostałem sam z Geraldine i Thoranem... Cóż, postanowiłem się odezwać.
- Ojca tu nie było. Myślę, że powinniśmy opowiedzieć Thoranowi, co się działo z jego koniem... - zauważyłem, chcąc odstawić topór na podłogę pod ścianą, ale ostatecznie jednak zaniechałem. Mógł się jeszcze przydać. Jeśli nie do cięcia, to do ogłuszania.
I może by tak też olśnić Thorana, że w świecie naszego staruszka przestał już istnieć...?